Równia pochyła

Równia pochyła
Ludzie bezdomni, reż. Wojtek Klemm / fot. Michał Buksa / Teatr Miejski w Gliwicach
Ludzie bezdomni? Przecież to nawet nie jest lektura szkolna. W Gliwicach lekceważony przez lata Judym – symbol społecznika-przegrywa – nabiera emocji, współczesnego tempa, politycznego gniewu.

Stefan Żeromski zaczął swoich Ludzi bezdomnych od scen w Paryżu, od Judyma na Champs Élysées i wizyty w Luwrze. W dynamicznym, granym z energią spektaklu Wojtka Klemma obrywamy od razu chłodem i brutalnością Warszawy. „Znowu Warszawa!” – krzyczy Tomasz Judym na początku spektaklu. Aktorzy wychodzą spomiędzy widzów, siadają na proscenium i rzucają prosto w twarz gliwickiej publiczności: „A bo to prawda, że jesteśmy barbarzyńcami, półazjatami? Nieprawda! Tacyśmy sami jak każdy inny… Walimy naprzód i kwita! Żeby tu wsadzić jednego z drugim z Warszawy, to widziałoby się, czyby i tak potrafili, wycackani przez ich parszywe konstytucje…”. Dramaturg Tomasz Cymerman dopisuje: „parszywe zachodnie konstytucje” – żeby nie było wątpliwości, w którą stronę wymierzony jest ten resentyment.

Toksyczna duma z tego, że miało się ciężko; zadowolenie z rozwoju kraju przeplatane frustracją jego niedorozwojem i małostkowością; pobłażliwie ironiczny stosunek do Zachodu, zmieszany jednak z podziwem – wszystko to znamy. Po stuleciu społecznych przesunięć, rewolucji i prób cofania ich skutków Judym jest w każdym z nas – zdaje się mówić Klemm. Pewnie dlatego Judymów występuje w tym spektaklu kilkoro – i to płci obojga. Praktycznie każdy z aktorów i każda z aktorek gra tu choć przez chwilę doktora, który staje się soczewką społecznych konfliktów – ekonomicznych nierówności, narastającego antysemityzmu, niespełnionych aspiracji, niedofinansowanej opieki zdrowotnej.

Konflikt jest u Klemma widoczny nawet w ruchu scenicznym postaci (za choreografię odpowiada Anna Maria Krysiak, niegdyś legenda Śląskiego Teatru Tańca). Podczas tego czy innego niby to zwykłego scenicznego dialogu powraca układ, w którym dwie czy trzy osoby napierają na Judyma, kroczą w jego stronę, zabierają mu przestrzeń. A i przestrzeń sceniczna jest tu znacząca. Scenografia Magdaleny Gut to równia pochyła – osoby tego społecznego dramatu to wspinają się na nią zaciekle, to zjeżdżają w dół – po platformie nachylonej w stronę widowni.

Żeromski u Klemma brzmi bardzo współcześnie i dość brutalnie. Konflikt społeczny, frustracja, niedokończony awans Judyma i poczucie winy z jego powodu. Znamy? Tak, mamy Eribona w domu, ma na imię Stefan; zamiast o „klasie ludowej” brzydko mówi o „motłochu”, z którego się wywodzi. W swoim nowym otoczeniu też nie może się odnaleźć. To nie wytarta ikona „rozdartej sosny” zbanalizowana w szkolnych brykach, ale bolesne, dotkliwe doświadczenie. Bardziej niż wzniosłe pozytywistyczne ideały pracy przemawia przez Judyma zwierzęcy lęk i obsesja, gdy krzyczy: „Ja jestem z motłochu, z ostatniej hołoty. Ty nie możesz mieć wyobrażenia, jaki jest motłoch. Nie możesz nawet objąć tego dalekim przeczuciem, co leży w jego sercu. Jesteś z innej kasty…”.

Ludzie bezdomni, reż. Wojtek Klemm / fot. Michał Buksa / Teatr Miejski w Gliwicach

Trudno też o wątek bardziej aktualny niż zabijanie rzeki przez miejscową elitę gospodarczo-polityczną. Ten wątek z „uzdrowiska” w Cisach Klemm z autorem adaptacji Tomaszem Cymermanem uwypuklają w spektaklu. Mniej klarownie wypada wątek romantyczny – tu adaptacja traci ostrość. Zakochana w Judymie nauczycielka Joasia Podborska jest tu epizodyczną postacią, zagraną co prawda z pasją przez Alicję Stasiewicz, ale pozostającą gdzieś w tle. Cymerman z Klemmem sięgają po „Zwierzenia” – czyli pamiętnik Podborskiej stanowiący ostatni, w zasadzie autonomiczny rozdział pierwszego tomu – opis prób emancypacji; nie jest to jednak pierwszy plan Ludzi bezdomnych w gliwickim wydaniu. Wyraźniej wybrzmiewa w spektaklu relacja Teosi Judym (Aleksandra Wojtysiak) z bratem Judyma, robotnikiem na emigracji zarobkowej. Wiktor (Łukasz Kaczmarek) narzeka na „przeregulowaną” Szwajcarię jak współczesny polski konfederata na Unię Europejską. Marzy o Ameryce – z żoną się nie liczy.

Jeszcze mocniej Klemm z Cymermanem wydobywają wyczytaną z Żeromskiego queerowość inżyniera Korzeckiego (Kornel Sadowski), dandysa i przedsiębiorcy, który ściąga Judyma do Sosnowca. Po jego samobójczej śmierci rozpacza bezimienny piękny młodzieniec – ten wątek ledwo ukrytej homoseksualnej fascynacji analizował kiedyś dokładniej Mateusz Skucha w „Dwutygodniku”, przy okazji antologii „Dezorientacje” wydanej przez Krytykę Polityczną. Porażka awansu i zaangażowania Judyma zderza się tu z niemożnością życiowego i miłosnego spełnienia Korzeckiego.

Gliwiccy Ludzie bezdomni wyrastają z wnikliwej i zaangażowanej lektury powieści Żeromskiego, łączą zalety porządnej adaptacji klasyki z wyrazistością inscenizacji. Gdyby ten spektakl powstał w Warszawie, byłoby o nim pewnie głośno. Mam nadzieję, że nie przejdzie bez echa.

Teatr Miejski w Gliwicach, Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego, reżyseria Wojciech Klemm, adaptacja Tomasz Cymerman, scenografia, kostiumy Magdalena Gut, muzyka Aleksandra Rzepka, choreografia Anna Maria Krysiak, premiera 13 grudnia 2025.

Witold Mrozek

Krytyk teatralny i dziennikarz. Absolwent teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorant Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2012 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Berliner Zeitung”, „Krytyce Politycznej” i „Didaskaliach”. Redaktor „Teatru”. Pochodzi z Bytomia.