Sticky Fingers Club: Jesteśmy głodni

Sticky Fingers Club: Jesteśmy głodni
Glory Game, chor. Dominik Więcek / fot. Pat Mic
TANIEC W „TEATRZE”. Grupa znajomych ze studiów robi spektakl. Bardzo dobry. Robi więc kolejny. Bardzo dobry. A potem jeszcze jeden. Świetny. Od pierwszej premiery mija właśnie pięć i pół roku. Tyle wystarczyło, żeby Sticky Fingers Club stał się jednym z najciekawszych teatrów tańca w Polsce. Bez osobowości prawnej, bez siedziby, bez poświęcania indywidualnych karier.

SFC to kwartet w składzie: Daniela Komędera, Dominika Wiak, Monika Witkowska i Dominik Więcek. Ich choreografie można oglądać w teatrach dramatycznych i filmach. Oni sami występują zarówno na scenie, jak i na ekranie. Solo i w zespołach. Są zaangażowani w ważne dla środowiska inicjatywy. Wiak pracuje w Krakowskim Centrum Choreograficznym, Komędera i Więcek współtworzyli Centrum w Ruchu. Ten ostatni jest również influencerem (a poza tym stylistą i fotografem), który wykorzystując zasięgi w mediach społecznościowych, próbuje wywołać dyskusję o trudnej sytuacji artystów w prekariacie. Ale SFC nie jest klubem rewolucjonistów zmieniających świat. Artyści wykształceni w Bytomiu (na Wydziale Teatru Tańca krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych) doskonale odnajdują się w płynnej i prekaryjnej rzeczywistości. Nie kontestują, raczej korzystają i konkurują. Wiedzą, że dzisiaj robienie sztuki często zaczyna się od napisania wniosku, a jej temat może równie dobrze wypływać z intymnej potrzeby, co z oczekiwań instytucji.

Wszyscy czworo dbają o indywidualne pozycje, ale trudno uznać ich za kontynuatorów pokolenia solo. Współpracują z ośrodkami tanecznymi i teatralnymi w całym kraju. Nie mają lidera ani hierarchicznej struktury. W pracy dzielą obowiązki i role w zależności od projektu. Zapraszają do współpracy osoby z zewnątrz, jednocześnie zacieśniając relacje między sobą – zawodowe i prywatne. Funkcjonują na przecięciu offu i mainstreamu, teatru i choreografii. Produkują spektakle i performanse (w przestrzeniach pozateatralnych) i jak na teatr niezależny przystało – prowadzą warsztaty.

Wszyscy czworo dbają o indywidualne pozycje, ale trudno uznać ich za kontynuatorów pokolenia solo. Współpracują z ośrodkami tanecznymi i teatralnymi w całym kraju. Nie mają lidera ani hierarchicznej struktury. W pracy dzielą obowiązki i role w zależności od projektu.

Ich kariera wygląda jak z podręcznika do robienia kariery. Jednak tematy wybierają jakby na przekór: w pierwszym spektaklu zatytułowanym Sticky Fingers Club zajmowali się ponoszeniem porażki, w drugim, czyli Valeska Valeska Valeska Valeska, zapomnianą artystką (na dodatek z Niemiec), a w trzecim, nazwanym Glory Game, skomplikowanymi mechanizmami rywalizacji (na przykładzie sportu). Właśnie pracują nad czwartym przedstawieniem i jednocześnie pierwszym przeznaczonym dla dzieci (od trzeciego do szóstego roku życia). Premiera w lutym w Dąbrowie Górniczej. A potem czekają ich rezydencje badawcze w Nowym Jorku i San Diego.

Ale czym właściwie jest SFC? Jak ich zdefiniować? „Jesteśmy nazywani teatrem tańca – mówi Więcek. – Chyba słusznie nie wymienia się nas wśród przedstawicieli nowej choreografii – a to określenie jest dziś bardziej sexy – bo w naszych spektaklach ciało jest bardzo ważnym nośnikiem informacji, ale pojawiają się też strategie performatywne, budowanie postaci, no i tekst. Żonglujemy tym wszystkim i wybieramy to, co nam w danym momencie pasuje. Nie dążymy do wypracowania jednej estetyki. Na pewno są w naszych pracach elementy wspólne, jak autoironia czy poczucie humoru, ale w każdym z procesów szukamy nowego języka”.

Na początku była ciemność

„Zaczęło się od pomysłu na spektakl, który miał nosić tytuł Estetyka ciemności. To była jedna z pierwszych rzeczy, które chciałem zrobić po odejściu z etatu w Polskim Teatrze Tańca – mówi Więcek. – W dzieciństwie oglądałem serial Skazany na śmierć. Pojawia się tam myśl, że do ciemności da się przystosować. Możesz w niej funkcjonować, zamiast włączać światło. Potem pojawiały się poboczne wątki: architektura japońska, aspekty psychologiczne i sztuka ponoszenia porażki”. Początkowa inspiracja daje się odczytać ze stylowych czarnych kostiumów i przemyślanej gry ze światłem, które – jak pisała Hanna Raszewska-Kursa – „samo staje się tematem”.

Spektakl otrzymał tytuł, który chwilę później dał nazwę całej grupie. Premiera odbyła się w 2020 roku w Gdańsku – jako owoc open calla Gdańskiego Festiwalu Tańca, ale artyści pracowali nad nią również w Centrum Kultury w Lublinie, gdzie swoją siedzibę ma Lubelski Teatr Tańca. Dziś o obydwu miejscach mówią, że to ich domy. Tak jak Krakowskie Centrum Choreograficzne czy Komuna Warszawa, w której zrealizowali swoje ostatnie jak dotąd przedstawienie, czyli Glory Game (2023). W Warszawie pracowali też nad najbliższą premierą, która wydarzy się na Śląsku. Działanie w rozproszeniu jest dla SFC charakterystyczne i nie dotyczy wyłącznie geografii. Brak osobowości prawnej skutkuje tym, że każdy kolejny projekt realizują pod parasolem innej zaprzyjaźnionej fundacji.

Sticky Fingers Club, chor. Daniela Komędera-Miśkiewicz, Dominika Wiak, Dominik Więcek, Monika Witkowska / fot. Daniel Frymark

SFC nie ma lidera, ale ma inicjatora. To Więcek zebrał obsadę założycielskiego spektaklu, który w trakcie prób powstawał już kolektywnie. Dlaczego zaprosił właśnie te osoby? Poza tym, że znali się ze studiów i byli w podobnym wieku. „Dominika Wiak jest najlepszą tancerką w Polsce – mówi Więcek. – Znamy się bardzo długo, studiowaliśmy na jednym roku, mamy wspólną chemię zarówno w pracy, jak i prywatnie. Z Danielą Komęderą pracowałem już wcześniej. To jedna z najwybitniejszych polskich tancerek i choreografek. Niesamowicie inspirująca, inteligentna, piekielnie zdolna. Monikę Witkowską znałem głównie z jej działań scenicznych, była wybitna, proponowała bardzo interesujące rozwiązania. Pomyślałem, że to będzie dobry skład”. A nazwa? „Poszłyśmy z Dominiką do knajpy w Lublinie – mówi mi Komędera. – Przeglądałyśmy winyle i zobaczyłyśmy Sticky Fingers The Rolling Stones; ta płyta nas zainspirowała. Wiedziałyśmy, że chcemy mieć w nazwie spektaklu coś wspólnotowego, więc dodaliśmy słowo club. Nie było potrzeby, żeby szukać innej nazwy dla kolektywu”.

Grupa wsparcia

No właśnie, dlaczego kolektyw? Cała czwórka już wtedy współpracowała z wieloma artystami w rozmaitych konfiguracjach. Wszyscy w zawód weszli jeszcze jako studenci. W przeciwieństwie do twórców wielu teatrów offowych nie marzyli o własnej siedzibie, budowaniu niezależnej instytucji i tym podobnych. „Dopiero po czterech latach wspólnej pracy zrobiliśmy spotkanie ewaluacyjne i ponazywaliśmy pewne rzeczy – mówi Więcek. – Wcześniej działaliśmy intuicyjnie i emocjonalnie, co wynikało z naszej przyjaźni, wzajemnego zaufania i miłości. Nasz drugi spektakl, czyli Valeska Valeska Valeska Valeska, który zrobiliśmy z Dominiką Knapik, był wynikiem tego, że dobrze nam się pracowało za pierwszym razem. Nie było w tym wielkiej filozofii ani debat na temat tego, czy już jesteśmy kolektywem, czy jeszcze nie”. „Myślę, że decydując się na tę współpracę – mówi Komędera o pierwszym przedstawieniu – nikt z nas nie myślał, że będziemy to kontynuować. O tym, że powinniśmy działać jako zespół, bo to może nam pomóc, mówili inni ludzie. Nie mieliśmy potrzeby obrączkowania się, ale kolektywem czuliśmy się, zanim zaczęliśmy używać tego słowa”.

Dominik Więcek: – Dopiero po czterech latach wspólnej pracy zrobiliśmy spotkanie ewaluacyjne i ponazywaliśmy pewne rzeczy. Wcześniej działaliśmy intuicyjnie i emocjonalnie, co wynikało z naszej przyjaźni, wzajemnego zaufania i miłości.

Nieco inaczej temat postrzega Witkowska: „Mnie idea kolektywu przyświecała od zawsze. Bardzo lubię pracować w grupie. Oczywiście są trudności. Trzeba się zauważać i słuchać, a to zajmuje czas, ale jeśli zespół składa się z silnych indywidualności, ich moc się sumuje”. Synergia artystyczna i międzyludzka może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. „Na studiach – mówi Witkowska – razem z piątką przyjaciół tworzyliśmy Vagabond Physical Collective. Różnica była taka, że przed dołączeniem do SFC nie przyjaźniłam się z resztą grupy. W przypadku VPC zaczęliśmy od przyjaźni i bardzo bliskich relacji. Z czasem te relacje zaczęły wpływać na sposób naszej pracy i po kilku latach, w wyniku wielu nawarstwiających się czynników, zakończyliśmy współpracę”. Odwrotna kolejność zdaje się przynosić dobre efekty. „SFC określiłbym jako grupę wsparcia – mówi Więcek. – Każda z dziewczyn obejrzała moją pracę solową, którą robiłem poza kolektywem. Daniela przyjechała nawet dwa dni wcześniej, żeby zobaczyć próbę i dać mi kilka cennych rad. Widujemy się też prywatnie i wspieramy w życiu. Dziewczyny były moimi druhnami na ślubie”.

„Pamiętam jedną próbę, wyjątkowo nie w sali, ale w domu – mówi Komędera, wspominając pracę nad pierwszym spektaklem. – To była dwugodzinna improwizacja karmienia się żelkami. Została z nami ta czułość w stosunku do siebie i odwaga w robieniu głupich rzeczy, w chybianiu lepiej. Dzięki temu czujemy swobodę i wzajemne wsparcie. To, co robię, nie musi być od razu najlepsze, nie musi się udać. W porażkach jest potencjał”. Jak owa zażyłość ma się do faktu, że w SFC pojawiają się inni twórcy? Dramaturgiem pierwszego przedstawienia był Konrad Kurowski, który współpracował także przy Glory Game. Drugi spektakl reżyserowała Dominika Knapik, w trzecim występują również Natalia Dinges, Piotr Stanek i Michał Przybyła. „Trzonem jest nasza czwórka – mówi Więcek. – Pozostałe osoby pojawiają się gościnnie. Gdy spotykamy się na imprezach w szerszym gronie, to ostatecznie w kuchni lądujemy we czworo”.

Droga do szkoły

Wyjątkowość założonego z inicjatywy Jacka Łumińskiego Wydziału Teatru Tańca to temat na osobny tekst. Pierwsi studenci do Bytomia trafili w roku akademickim 2008/2009. Komędera skończyła WTT w 2014 roku, Wiak i Więcek dwa, a Witkowska cztery lata później. Ich doświadczenie edukacji, choć studiowali w podobnym czasie, było jednak różne, ponieważ Wydział podlegał przemianom. Więcek potwierdza moją intuicję, że nie należy romantyzować i mitologizować wpływu szkoły, mówi jednak o pewnym fundamencie. „Sticky Fingers Club mogło powstać tak szybko, bo nie musieliśmy się tuningować na poziomie tego, czym jest dla nas taniec. Nie musieliśmy mówić sobie, że może być abstrakcyjny i nielinearny. W Polskim Teatrze Tańca widziałem, jak różnie można rozumieć podstawowe pojęcia, na przykład improwizację. My mieliśmy podobne podejście. Oczywiście nie jesteśmy kopiami samych siebie, a szkoła to nie manufaktura. Wiele z poznanych tam narzędzi zdecydowaliśmy się odrzucić”.

Więcek do Bytomia przyjechał z pobliskiego Chorzowa. „Udzielałem się w amatorskim teatrze, a jako że długo trenowałem pływanie, miałem dość plastyczne ciało, co dostrzeżono na zajęciach. Od wielu osób słyszałem, że Bytom to może być szkoła dla mnie. Zapisałem się na zajęcia do grupy tanecznej na rok przed studiami. Nie miałem wielkiego doświadczenia. Przy drążku baletowym po raz pierwszy w życiu stałem na egzaminie”.

Breakfast on the Grass, chor. Daniela Komędera, Dominika Wiak, Dominik Więcek, Monika Witkowska / fot. Pat Mic

Bytom to nie jest oczywisty wybór dla kogoś z ambicjami aktorskimi, nawet jeśli zna się absolwentów WTT i rodzice będą zadowoleni, bo blisko. „Oczywiście byłem na egzaminach w Krakowie i Wrocławiu, ale nie przeszedłem pierwszego etapu przez wadę wymowy. Dwa lata chodziłem do logopedy. Nie chciałem marnować więcej czasu. W Bytomiu też słyszałem, że samogłoski nie takie, że niewyraźnie, że źle oddycham, ale program nauczania był bardzo intensywny i różnorodny, obejmował: taniec, aktorstwo, inspiracje twórcze, improwizację, historię, filozofię… W pewnym momencie podjąłem decyzję, że ludzie zainteresowani moimi możliwościami aktorskimi będą musieli zaakceptować fakt, że mam wadę wymowy i postawiłem na taniec”. Treningi pływackie bez wątpienia pomogły w zdyscyplinowaniu. „Zdarzało się, że któryś z pedagogów zamykał salę od środka i spóźnieni nie mogli wejść. Dla mnie taki rygor był naturalny” – wspomina Więcek, podkreślając, że nie ma żadnych traumatycznych doświadczeń związanych ze szkołą.

„Ludzie mówili, ojej, ile obowiązków, a ja czułam się niemal jak na wakacjach – mówi Witkowska, która do Bytomia przyjechała z Blachowni pod Częstochową. – Wcześniej trenowałam badmintona i kończyłam szkołę muzyczną. Dobrze mi szło, ale poziom rywalizacji i stresu był zbyt wysoki. Intuicja poprowadziła mnie na warsztaty ruchowe i zdecydowałam, że pójdę na studia do Bytomia, co wydawało się bez sensu, bo całe życie ćwiczyłam grę na fortepianie”. A sama szkoła? „Myślałam, że wszyscy będą chodzić z zadartymi nosami, uważając się za najlepszych na świecie. Tymczasem weszłam w cudowne środowisko. Z wieloma osobami wciąż pracuję przy różnych projektach. Trafiali tam ludzie, którzy nie dostali się na inne wydziały aktorskie albo nie mieli gdzie tańczyć – trochę wykluczeni, dziwni. Ja jestem za chuda, ten ma wadę wymowy, a tamten za krótkie nogi. Tylko, że takie jest właśnie życie. Widzieliśmy je codziennie na ulicach. Louise Frankenhuis, profesorka z Holandii, mówiła, że uwielbia przyjeżdżać do Bytomia, bo widzi tu więcej prawdy niż w wielkich miastach pełnych poprzebieranych ludzi”.

Daniela Komędera wychowywała się w Bielsku-Białej. „Zaczęłam w przedszkolu od gimnastyki artystycznej. Pierwsze spotkanie z tańcem nie było moją decyzją. Mama zaprowadziła mnie na zajęcia. Ale później sama podtrzymywałam ten wybór. Tańczyłam w zespole artystycznym, który prowadziła nauczycielka korzystająca z rosyjskich metod nauki baletu. To był mocny start. Wielokrotnie chciałam zrezygnować. Mama mówiła: jeśli chcesz, rezygnuj. Nie zrobiłam tego, spędziłam w tym miejscu dziesięć lat. Mimo to wciąż myślałam, że taniec to moje hobby po godzinach. Nie planowałam takich studiów. Dziś jestem wdzięczna za to, co mnie na nich spotkało. Przede wszystkim za spotkania z ludźmi, którzy pokazali mi, jak szeroko można patrzeć na sztukę”.

Szkołę dobrze wspomina również Dominika Wiak. „Od siódmego roku życia zajmowałam się tańcem sportowym. Tańczyłam rock’n’rolla akrobatycznego. Później zainteresował mnie teatr, ale nie chciałam rezygnować z tańca. Uczęszczałam w Krakowie do Teatru Słowa i Tańca J.K., gdzie miałam zajęcia z aktorstwa, tańca współczesnego i baletu. Wśród uczących się tam osób były takie, które dostawały się na Wydział Teatru Tańca w Bytomiu i mówiły, że to interesujące miejsce. Pojechałam na dzień otwarty i poczułam, że tu rzeczywiście buzuje coś ciekawego”.

Wielki świat

Sticky Fingers Club nie uprawiają autoteatru, ale osobiste doświadczenie wydaje się podstawową materią ich przedstawień. Wszystkie oscylują wokół kondycji performera, trudności oraz przyjemności związanych z występami na scenie, poddawaniem się ocenie i funkcjonowaniem w hierarchii. Jednocześnie każdy ze spektakli eksploruje tematy uniwersalne: porażkę (debiut), trwałość i znaczenie sukcesu (Valeska…) czy rywalizację (Glory Game). „Przyświeca mi – mówi Więcek – cytat z Martina Scorsesego, który powiedział: the most personal is the most creative. Nie mam potrzeby innego punktu wyjścia niż własna historia, ale jako kolektyw jesteśmy otwarci na tematy, które interesują kogoś innego. Postać Valeski Gert przyniosła Dominika Knapik. Performans przy okazji wystawy Niepokój przychodzi o zmierzchu w Zachęcie stworzyliśmy na podstawie historii i kolekcji Sary Kukier”.

Zachęta, podobnie jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej (w którym SFC zaprezentował z okazji otwarcia nowej siedziby performans Breakfast on the Grass), to przestrzenie doskonale rymujące się z wizerunkiem kolektywu. Może to i teatr offowy, ale z wielkomiejskim sznytem. Może i eksperymentuje, ale nie przestaje być glamour. SFC doskonale wiedzą, że teatr tańca nie jest w Polsce ani przesadnie ekskluzywną, ani masową rozrywką. Jakkolwiek byliby modni, nie tracą kontaktu z ziemią. „Decyzja o przedstawieniu dla dzieci nie jest przypadkowa – mówi Więcek. – Nasze dotychczasowe spektakle różnią się między sobą, ale patrząc z marketingowej perspektywy, to wciąż jedna kategoria. Kolejne przedstawienie dla dorosłego widza sprawiłoby, że przestalibyśmy eksploatować któreś z poprzednich. Postanowiliśmy więc otworzyć się na nową publiczność”. Publiczność wyjątkowo trudną. „Robimy to po raz pierwszy – przyznaje Wiak. – Pojawia się sporo obaw. Nikt z nas nie jest rodzicem, brakuje nam dostępu do pewnego insajdu. Jednocześnie to okazja do sprawdzenia, czy nasze strategie i humor, z którym lubimy pracować, zarezonują z taką widownią”.

Może to i teatr offowy, ale z wielkomiejskim sznytem. Może i eksperymentuje, ale nie przestaje być glamour.

W tym kontekście ciekawa jest historia przedstawienia Glory Game, w którym artyści intensywnie wykorzystują nagość. Spektakl przyjęto do programu Teatr Polska, dzięki czemu minionej jesieni obejrzeli go widzowie m.in. w Nowej Soli, Kłodzku, Czechowicach-Dziedzicach, Krotoszynie czy Głogowie Małopolskim. „Byliśmy otwarci na negocjacje w sprawie zakrycia ciała – mówi Witkowska. – W trzech lub czterech miejscowościach zagraliśmy w cielistej bieliźnie. Nagość w tym spektaklu nie jest obrazoburcza ani erotyczna, ale wiemy, że instytucje kultury mają nad sobą urzędy i niewiele trzeba, żeby straciły finansowanie. Z drugiej strony staraliśmy się wywierać miękką presję, żeby to ciało oswajać. Tym bardziej że spektakl był sprzedawany dla widzów pełnoletnich, a w rozmowach pospektaklowych słyszeliśmy głosy: jakbym wiedziała, jakie to jest, to bym zabrała dwunastoletniego syna”.

Café Müller, chor. Dominik Więcek / fot. Maciej Nowak

Wyjazdy poza wielkie ośrodki mają walor misyjny. Brzmi śmiesznie? Tylko dla tych, którzy wychowywali się w wielkich miastach. „Po jednym spektaklu w mniejszej miejscowości – mówi Witkowska – przyszła do mnie zapłakana dziewczyna i powiedziała, że miała iść na prawo, ale teraz to ona chce robić sztukę. Odpowiedziałam jej: dziewczyno, rób, co czujesz!”

Ambicje, ale elastyczne

Gdy pytam o przyszłość i kierunki rozwoju, Komędera odpowiada: „Jesteśmy głodni. Chcemy się nasycić kreowaniem bez ograniczeń. Możemy tworzyć zarówno spektakle, performansy, jak i komercyjne pokazy mody. Ja zrobiłam choreografię do koncertów Sanah na Stadionie Narodowym, w ciągu dwóch dni obejrzało je ponad 120 tysięcy widzów. A potem pojechałam zagrać spektakl dla stu pięćdziesięciu osób, by za chwilę wylądować na festiwalu filmowym w Gdyni”. Komędera jest autorką choreografii do głośnej inscenizacji Chłopów Stanisława Reymonta w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana. O tej pracy i podejściu do kultury ludowej mówiła więcej w rozmowie na naszych łamach. Rozpiętość artystycznych asocjacji SFC dobrze widać, jeśli obok polskiego kandydata do oscarowej nominacji postawimy film Anki i Wilhelma Sasnalów Człowiek do wszystkiego, do którego choreografię zrobiła Dominika Wiak.

Daniela Komędera: – Chcemy się nasycić kreowaniem bez ograniczeń. Możemy tworzyć zarówno spektakle, performansy, jak i komercyjne pokazy mody.

„Potrafimy odnaleźć się w różnych przestrzeniach, jesteśmy elastyczni – mówi Komędera. – Przez ostatni miesiąc pracowałam w Operze Wrocławskiej, gdzie występowałam w Salome w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Uczyłam się roli, która została stworzona kilkanaście lat temu. Choreograf Tomasz Wygoda ma taki sposób pracy, że pokazuje i wymaga naśladowania. Czułam się w tym fantastycznie! Dla mnie kluczowe w pracy jest otwarcie się na partnera: reżysera, choreografa, tancerza”.

Jak w grupie osób o tak rozległych kompetencjach i bogatym doświadczeniu uniknąć konfliktów? Na pewno pomaga realizowanie się poza kolektywem, choćby w działaniach solowych. Te projekty przynoszą niekiedy znakomite rezultaty, jak Misspiece Wiak czy Café Müller Więcka. A we wspólnej pracy? „Dajemy sobie szansę – odpowiada Wiak. – Nawet jeśli nie do końca rozumiemy czy czujemy pomysł, który się pojawia, to przedłużamy czas na podjęcie decyzji i sprawdzamy”. „Mam na tyle zaufania, żeby spróbować – mówi Komędera. – Jeśli nie wejdę w pomysł innej osoby, to ona nie zobaczy, czy on działa. Ale nie zadziała na pewno, jeśli ja w to nie uwierzę już na początku”.

Coś innego

Widzę tutaj coś innego – tak brzmi roboczy tytuł zbliżającego się przedstawienia, w którym artyści planują wykorzystać stare scenografie teatralne. „Spektakl będzie grą z fantazjowaniem na temat obiektów, które mają już kontekst i funkcję – opowiada Więcek. – Za pomocą ciał, działań i wyobraźni pokażemy, że w tym, co zużyte, nadpsute i śmieciowe, można odkryć nowe rzeczy”. Wykorzystane obiekty pochodzą z wielu miejsc. Takie zbieranie celem ożywczego recyklingu wydaje się niezłym symbolem działania SFC. Z kolei tytuł tego przedstawienia mógłby być mottem teatru. Więcek, Wiak, Komędera i Witkowska potrafią odsłonić nowe sensy i znaczenia w pozornie trwale zdefiniowanych kontekstach. W porażce znajdują sukces. W biografii niemieckiej tancerki urodzonej u schyłku XIX wieku odmalowują portrety samych siebie. Zdejmując ubrania, pokazują nam nie nagość, lecz ciało. To chyba ten rodzaj ujawniania jest istotą teatru.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.