Proszę wstać, salon idzie

Proszę wstać, salon idzie
Proces Eligiusza Niewiadomskiego, reż. Bartosz Szydłowski / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
Wtórna teza o odwiecznej polaryzacji, która trawi nasz naród i której przykładem ma być tragedia z przeszłości, prowadzi w spektaklu Szydłowskiego do równie banalnej konkluzji – biada nam, jeśli się nie opamiętamy. Oczywiście nie ma tu żadnego pomysłu, jak mielibyśmy się opamiętać.

Bartosz Szydłowski teatr swój widzi ogromny. Proces Eligiusza Niewiadomskiego to kolejna superprodukcja, którą wyreżyserował w Łaźni Nowej. Wielka obsada, wielkie gwiazdy, wielki temat. Dość powiedzieć, że w przedstawieniu występuje trzech dyrektorów teatrów. Co prawda jeden pojawia się tylko w materiale wideo (Andrzej Seweryn), drugi jest obecny na scenie, ale milczy (sam Szydłowski), za to trzeci błyszczy sygnetami i swadą tak, że trzeba mrużyć oczy (Krzysztof Głuchowski).

Premiera Procesu… odbyła się 11 listopada, bo rzecz jest o Polsce, czyli że ważna i odważna. A na dodatek przenikliwa jak felieton w liberalnym tygodniku i zajmująca niczym lekcja historii na ostatniej godzinie w piątek. A przecież nie musiało tak być. Pomysł wydawał się całkiem ciekawy. Czytanie akt sądowych może być teatralnym przebojem, czego dowodem niedawny Proces Pelicot w TR Warszawa. Twórcy krakowskiego przedstawienia poszli podobnym, co Milo Rau, tropem i zafundowali rekonstrukcję procesu Eligiusza Niewiadomskiego, który 16 grudnia 1922 roku zastrzelił świeżo wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, za co został skazany na karę śmierci.

Na sali sądowej, gdzie rozgrywa się akcja, spędzamy ledwie chwilę. Mijamy rozgrzewających się aktorów i przechodzimy dalej, na widownię umieszczoną w kolejnym, większym pomieszczeniu. Przed sobą mamy wąski pas pustej przestrzeni i duży kinowy ekran, na którym wyświetlana będzie transmisja wydarzeń zza ściany. Z artystów jest z nami jedynie siedzący na skraju sceny Dominik Strycharski, dźwiękowo komentujący kolejne kadry tego teatru telewizji. Monochromatyczny filtr obrazu dodaje archiwalnej powagi. Monotonny dźwięk maszyny do pisania porządkuje rytm. Częste zbliżenia na twarze bohaterów sugerują, że tylko przez uważne, a kiedy trzeba wścibskie i natarczywe spojrzenia możemy dowiedzieć się czegoś prawdziwego o ludziach schowanych za prawniczym i lekko już archaicznym językiem. Kamera jest więc konceptualnie uzasadniona – co niewiele zmienia w kwestii narastającej nudy.

Materiały źródłowe z procesu na scenariusz zaadaptował Łukasz Drewniak. Debiutujący w roli dramaturga krytyk tak porozkładał akcenty, że przez pierwszą, dłuższą część dwugodzinnego przedstawienia sami możemy wyciągać wnioski. Nie ma tu przecież żadnej zagadki. Wiadomo, kto i dlaczego zabił. Niewiadomski (Krzysztof Zarzecki), artysta malarz, prawicowy fanatyk i antysemita, zobaczył w Narutowiczu symbol domniemanej katastrofy, którą na Polskę ściągnęły rządy socjalistów (dlatego najpierw chciał zabić Józefa Piłsudskiego). Oto prezydent wybrany głosami narodowych mniejszości, sam w sobie niewinny, ginie w imię idei. Najciekawszy jest jednak kolejny etap, bo zabójstwo to ledwie początek manifestu. Niewiadomski w swoich bełkotliwych ksenofobiczno-bogoojczyźnianych przemowach zapala się dość łatwo, ale naprawdę złości się tylko raz, gdy jego adwokat (Artur Święs) sugeruje odstąpienie od kary śmierci. Morderca żąda, by tego nie robił, słusznie rozumując, że tylko umierając, stanie się symbolem, a cała ta sytuacja z opowieści o politycznych przeciwnikach zamieni się w historię walki dobra ze złem. Tak też opowiada ją w mowie końcowej adwokat reprezentujący rodzinę Narutowicza (Andrzej Kłak), oczywiście gdzie indziej widząc zło.

Proces Eligiusza Niewiadomskiego, reż. Bartosz Szydłowski / fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Najciekawsza w Procesie… jest paradoksalna otwartość na interpretacje. Słuchając przemów Niewiadomskiego i wystąpień prokuratora (Błażej Wójcik), miałem wrażenie, że twórcy wystawili nam piłkę, którą możemy kopnąć w dowolnym kierunku. Niewiele trzeba, żeby zamiast opowieści o prawicy i lewicy usłyszeć historię o anarchii i państwowości. Aby w prezydencie, który został „niewłaściwie wybrany”, zobaczyć obecnie urzędującego. Oczywiście takie fantazje to błąd, o czym dobitnie informuje finał. Z rzadka tylko przełamywana śmielszym gestem realistyczna konwencja filmu (sugerująca poważne i wnikliwe potraktowanie wszystkich zgromadzonych, choćby – jak główny bohater – pletli bzdury) znika razem z wyłączeniem ekranu. Na scenę wychodzi wdowa po Niewiadomskim. Anna Oberc bardzo stara się nas rozbawić, choć sytuacja jest pogrzebowa. Szarżuje w groteskę, a jej przemowa na cześć zmarłego męża zamienia się w infantylny panegiryk egzaltowanej idiotki bez gustu. I tak już będzie do końca spektaklu. Skąd ta nagła zmiana tonu?

Gości przybywa. Wśród nich są statyści, których widzieliśmy jako procesową publiczność, ale też zupełnie nowe postaci. Młodzieniec w mundurze (Adam Borysowicz) wymachuje szablą, niby jakieś legionowe widmo. W kulminacyjnym momencie na scenie jest kilkadziesiąt osób. Opętani dziwnym szałem żałobnicy to zwolennicy poglądów zmarłego i jego ideowi następcy. Swemu fanatyzmowi dają wyraz w groteskowych choreografiach, krzykach i wrzaskach. Zachowują się zupełnie inaczej niż opanowany i spokojny Niewiadomski z pierwszej części. Wciąż zjawiają się nowi entuzjaści, a narodowa idea skupiona wokół zabójcy-bohatera rośnie w siłę. Nie dziwi obecność w tym gronie adwokata Niewiadomskiego, trudniej zrozumieć, dlaczego po stronie prawicowych fanatyków opowiadają się niektórzy świadkowie zamachu, jak grany przez Głuchowskiego dandysowaty dyrektor Zachęty, w której dokonano zabójstwa. Elektroniczna muzyka o industrialnym posmaku narasta. Co chwila ktoś inny przytacza relacje prasowe z egzekucji i pogrzebu Niewiadomskiego. Znoszone są kwiaty, wieńce i gaśnice. No właśnie. Zaangażowany teatr polityczny musi być o tym, co tu i teraz. Okazuje się więc, że Niewiadomski to ideowy praszczur Grzegorza Brauna, a wspomniany dyrektor Zachęty głosowałby na Sławomira Mentzena, na co wskazuje fakt, że zajmuje się rozlewaniem do plastikowych kubków piwa „Niewiadomskie”, którym częstuje widzów.

Wtórna teza o odwiecznej polaryzacji, która trawi nasz naród i której przykładem ma być tragedia z przeszłości, prowadzi do równie banalnej konkluzji – biada nam, jeśli się nie opamiętamy. Oczywiście nie ma tu żadnego pomysłu, jak mielibyśmy się opamiętać. Poza sugestią, że najlepiej by było, jakby tamtych drugich nie było. To, co w spektaklu Szydłowskiego nowe, to Konfederacja w miejscu dotychczas zarezerwowanym dla Prawa i Sprawiedliwości. Nie chcę psuć humoru, ale skoro po tylu latach walki z prawicą polski teatr musi wpuścić na scenę jej bardziej radykalną odmianę, to chyba kiepsko mu idzie. No ale przynajmniej krakowska publiczność może docenić kunszt Adama Ferencego w roli sędziego, żachnąć się na mylącego się w tekście Tomasza Karolaka i zacmokać z uznaniem dla recytatorskiego kunsztu Seweryna, który w epilogu nagranym w feralnej sali Zachęty recytuje Pogrzeb prezydenta Narutowicza Juliana Tuwima i groźnie patrzy w kamerę, całując biało-czerwoną flagę. Ach, nie oddamy wam patriotyzmu, zbiry, zbrodniarze!

W bonusie twórcy przewidzieli jeszcze jedną zadumę. Z ustawionych przed budynkiem teatru głośników dobiegają mało sympatyczne okrzyki z jakiejś prawicowej manifestacji. Wokół nie ma żywego ducha. Wygląda to dość smętnie, ale nie traćmy nadziei, może narodowcy kiedyś przyjdą. Może uwierzą, że teatr ma w sobie tę samą siłę, co polityczne happeningi, których komentowaniem artyści aktualnie się zajmują. Może ktoś jeszcze zapłacze nad losem „świątyni kultury”, jak kiedyś Marian Kowalski przed Teatrem Powszechnym w Warszawie. No ale na to trzeba by kolejnej Klątwy. A przecież ostatecznie nie chodzi o konfrontację, tylko o koalicję wspólnych poglądów. W zacnym towarzystwie i potrwożyć się miło.

Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie, Proces Eligiusza Niewiadomskiego, adaptacja Łukasz Drewniak, reżyseria Bartosz Szydłowski, scenografia i kostiumy Jerzy Basiura, światło Paweł Labe, muzyka Dominik Strycharski, multimedia Peter Fick, premiera 11 listopada 2025.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.