Noblistka i system scrum

Noblistka i system scrum
Prawdziwa historia, reż. Michał Zadara / fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski we Wrocławiu
Czy eksperymentując z mniej znanymi opowiadaniami Olgi Tokarczuk, Michał Zadara starał się dowieść wysokiej rangi całej jej twórczości? Jeśli tak, to wyszło na odwrót.

We wrześniowym wywiadzie dla „Teatru” Michał Zadara wspomniał, że praca w warszawskim Teatrze Komedia przywróciła mu „wiarę we własne reżyserowanie”. Premiera Prawdziwej historii w Teatrze Polskim we Wrocławiu, którym od niedawna kieruje, sugeruje, że nie była to wiara osadzona na skale. Oglądając spektakl zrealizowany na podstawie dwóch króciutkich tekstów Olgi Tokarczuk (z tomu Opowiadania bizarne),nie dostrzegłem obecności reżysera, który prowadziłby aktorów do wskazanego celu. Powody zrozumiałem po chwili­: przedstawienie powstawało w systemie scrum, a Zadara, choć podpisany jest jako reżyser, przyjął funkcję product ownera, czyli osoby wskazującej priorytety i zarządzającej zespołowym procesem twórczym. Nie koordynuje ona i nie ocenia wyników codziennej pracy, część tych zadań cedując na scrum masterów. W stworzonym w ten sposób spektaklu ciekawe są takie elementy, jak rytm, ruch i brzmienie. Brakuje jednak spójnej wizji, bez której trudno osiągnąć cel bardziej ambitny niż podążanie ścieżką wskazaną przez wystawianą literaturę.

Pierwsza część spektaklu to adaptacja tytułowej Prawdziwej historii, a druga (krótsza, bo trwająca tylko kwadrans) – opowiadania Pasażer. Ani product owner, ani scrum masterzy, ani inni uczestnicy procesu nie podjęli prób podbijania znaczeń, wskazywania czy aktualizowania przesłania ani poszerzania możliwych kontekstów wykorzystanych utworów. Zdarza się, że jedna świetna aktorka i czterej znakomici aktorzy łączą trzecioosobową narrację z aktorskim gestem. Nigdy jednak nie podejmują prób stworzenia postaci, pozostają zawieszeni między opowieścią a działaniem. W efekcie znaczenia opowiadań Tokarczuk gubią się, a ich wymowa ulega erozji i rozpada się.

Twórca słynnych, kilkunastogodzinnych Dziadów sugerował, że po dziewięcioletniej wielkiej smucie, która nastała we Wrocławiu, zaproponuje nowe otwarcie Teatru Polskiego, realizując kolejny, oparty na wielkiej literaturze, spektakl bez skrótów. Tymczasem wybrany materiał literacki w połączeniu ze szczególną metodą pracy pozwolił na stworzenie czegoś na kształt – podszywającej się pod spektakl – performatywnej prezentacji dwóch niewyróżniających się niczym szczególnym tekstów znanej autorki. Lektura Prostej historii i Pasażera może sugerować, że powstały one jako efekty ćwiczeń pisarskich późniejszej noblistki, która po intensywnej i wymagającej pracy nad Księgami Jakubowymi próbowała odświeżyć swój warsztat i wzbogacić podejmowane tematy kategorią niezwykłości, którą dla efektu nazwała bizarnością. Spektakl nie daje odpowiedzi, dlaczego Zadara zdecydował się zestawić akurat te dwie, niełączące się ze sobą historie.

W pierwszej części aktorzy dzielą się tekstem, na zmianę przytaczając opowieść o profesorze, który po zakończeniu konferencji, na której odniósł sukces, spaceruje po mieście w obcym kraju. Próba niesienia pomocy przypadkowo rannej kobiecie doprowadza – po drobnych nieporozumieniach i perturbacjach – do pozbawienia go prestiżu, godności i pozycji społecznej. Wykonawcy, mówiąc prozatorski tekst, początkowo siedzą na krzesłach ustawionych już w obecności widzów. Stojące przed nimi pulpity oraz widoczna suflerka sugerują skojarzenia z próbą czytaną. Wkrótce pracownicy techniczni opróżniają przestrzeń, a aktorzy zaczynają swobodnie poruszać się po scenie, w zasadzie pozbawionej scenografii. Marian Czerski, najwyraźniej przejmujący rolę profesora, którego losy są referowane, w scenie ilustrującej ucieczkę bohatera używa bieżni elektrycznej. Choć zdarzają się i takie zabiegi inscenizacyjne, inwencja wykonawców zwykle nie przekracza poziomu brzmień i ogranicza się do intonacyjnej gimnastyki. Można odnieść wrażenie, że grający z Czerskim Monika Bolly, Jakub Giel, Mariusz Kiljan i Edwin Petrykat skupili się na warstwie dźwięków, a nie znaczeń.

Prawdziwa historia, reż. Michał Zadara / fot. Natalia Kabanow / Teatr Polski we Wrocławiu

Podobnie wygląda też część oparta na Pasażerze, choć jest jeszcze skromniejsza w wymiarze teatralnym. Opowieść prowadzona jest w niej przez dwoje aktorów, podczas gdy pozostali tworzą jedynie tło dla historii zasłyszanej przez narratorkę w samolocie. Jedną z niewielu, nieszczególnie błyskotliwych prób podniesienia atrakcyjności tej części spektaklu jest, pobrzmiewająca dwukrotnie, melodia utworu The Passenger Iggy’ego Popa.

Siedząc na widowni Sceny na Świebodzkim, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że koncepcja Prawdziwej historii nawiązuje do Ćwiczeń stylistycznych, choć odwraca ich zasadę. Zamiast włączyć się w zaproponowaną przez Raymonda Queneau zabawę polegającą na wielokrotnym opisywaniu tej samej sceny różnie stylizowanymi wypowiedziami, aktorka i aktorzy zaburzają rozwijające się historie, wprowadzając niespodziewane stylizacje, rytmy i melodie wzbogacające brzmienia na poziomie pojedynczych wyrazów. Wiele ich decyzji nie znajduje uzasadnienia w treści. Niejednokrotnie sam sobie stawiałem pytania, dlaczego raz mówią zalotnie, to znów cedzą słowa, nienaturalnie je akcentują, dzielą je na sylaby albo przeciągają pojedyncze głoski. Czy ćwiczyli tak alternatywne style artykulacji?

Nie wiem, jaki był cel Zadary. Czy eksperymentując z opowiadaniami Tokarczuk, którą nazywa „najlepszym produktem kultury, jaki mamy”, starał się dowieść wysokiej rangi całej jej twórczości? We wspomnianym wywiadzie artysta marzy o teatrze z „wielkim repertuarem”, odwołującym się do „wielkiej literatury”. Ustawia się więc za plecami autorki, która doceniła jego inscenizację Biegunów z 2021 roku. Jednak nawet podążanie za tekstami noblistki nie wystarczy, by zbliżyć się do wielkości.

Ani Prawdziwa historia, ani Pasażer nie są literaturą największego formatu. Spektakl, który proponuje gimnazjalną zabawę słowami Tokarczuk, nie jest przykładem wielkiego teatru. Przyczynia się raczej do osłabienia rangi tekstu. Jeśli najnowsza premiera stanowi, jak stwierdził reżyser, „deklarację wiary nowej tożsamości” prowadzonego przez niego Teatru Polskiego, trudno będzie zbudować mu na niej nową religię, zdolną przejąć rząd dusz polskich widzów. Wiadomo jednak, że wiara może przenosić góry. Trzymam kciuki i czekam na cud, wierząc w nadchodzące, może już następnym razem, zmartwychwstanie wrocławskiej sceny i zespołu artystycznego.

Teatr Polski we Wrocławiu, Prawdziwa historia Olgi Tokarczuk, reżyseria, adaptacja Michał Zadara, reżyseria światła Artur Sienicki, choreografia Aneta Jankowska, premiera 7 listopada 2025.

Piotr Dobrowolski

Literaturoznawca, estetyk, teatrolog; pracownik naukowy w Zakładzie Estetyki Literackiej UAM. Krytyk literacki i teatralny, tłumacz, eseista.