Horror nasz powszedni

Horror nasz powszedni
Królowa miłości, reż. Monika Czajkowska / fot. Natasza Młudzik / TVP
Starość jest tu pokazana bez upiększeń, jako doświadczenie trudne i upokarzające. Jednocześnie niedopowiedzenia i trudny charakter bohaterki chronią Królową miłości przed sentymentalnym banałem. Pozornie to prosta historia o starości, ślepej miłości i wypieranej przeszłości, ale gdy się trochę poskrobie, spektakl zaczyna robić się ciekawszy.

To spektakl przede wszystkim Anny Dymnej. W niewiele ponad godzinnym przedstawieniu Królowa miłości w reżyserii Moniki Czajkowskiej zrealizowanym przez Teatr Telewizji aktorka potrafi jednocześnie wzruszyć i przerazić, jest na przemian krucha i agresywna, tkliwa i irytująca. Jej bohaterka Jadwiga to staruszka z demencją, obsesyjnie śledząca losy brytyjskiej rodziny królewskiej. Dymna początkowo szkicuje portret seniorki delikatnie: drżeniem dłoni, chrapliwym, lekko nieprzytomnym głosem, nerwowo rozbieganym wzrokiem. Potem uderza w mocniejsze tony – jest napastliwa wobec córki-opiekunki (w tej roli Dominika Bednarczyk), wymusza swoje żądania płaczem i krzykiem. Gdy odwiedza ją sąsiadka (Aleksandra Konieczna), elegancka pańcia w śnieżnobiałym kostiumiku, która przynosi równie biały, biszkoptowy tort, Jadwiga wymienia z nią fałszywe pocałunki w policzek, przeciąga samogłoski, zgrywa „koleżankę”. Zaraz potem rzuca się na kawałek ciasta, pożera je paluchami, wylizuje resztki z talerzyka, a końcówki jej włosów topią się w kremie i bitej śmietanie. Bohaterka płacze, śmieje się, krzyczy. Widzimy ją w momentach największej glorii i największego upokorzenia. Kawał rólska, prawie wszystkie możliwe stany emocjonalne do zagrania – bo widzowie obserwują także życie wewnętrzne i fantazje Jadwigi. Jest w nich subtelną królową lub natchnioną świętą, której błogosławi sam papież (ten prawdziwy, nasz).

Nawiedza ją także duch dziewczyny, Klary (Izabella Dudziak), wtedy Jadwiga się boi, jej ciało tężeje, głos staje się dychawiczny. Początkowo nie wiadomo, kim Klara jest – ubrana w pokrwawioną bieliznę, paląca wyzywająco papierosa, z siniakami na udach i przedramionach. Dopiero po chwili zaczynamy rozumieć, że dziewczyna pojawia się po to, by dręczyć Jadwigę. Stara kobieta już wcześniej utyskiwała na hałas, dziwne chrobotanie w mieszkaniu, którego nikt inny nie słyszał. To była Klara. Tylko co się stało?

Ze strzępów rozmów, które prowadzą Klara z Jadwigą, z niejasnych wizji, w których pojawiają się zarówno Klara, jak i córka głównej bohaterki, wynika, że dziewczyna była ofiarą, gwałconą i przetrzymywaną w piwnicy, w domu Jadwigi. Sprawcą zbrodni był jej syn. Czy Jadwiga o tym wiedziała? Czy naprawdę ma demencję, czy po prostu wypiera niewygodną przeszłość, która wraca do niej w kolejnych wizjach, zaburza poczucie czasu, przestrzeni, glitchuje jej rzeczywistość? Na te pytania spektakl nie odpowiada jednoznacznie i to jest zapewne jego największa zaleta.

Dramat Sandry Szwarc, który był dla niego podstawą literacką, został radykalnie zmieniony na potrzeby tej realizacji. W efekcie powstało bardzo ciekawe przedstawienie, w którym horror i zagadka kryminalna mieszają się z dramatem psychologicznym. W Królowej miłości słychać zarówno echa dramatu Stara kobieta wysiaduje Tadeusza Różewicza, jak i Ojca Floriana Zellera, momentami przypomina Faworytę Jorgosa Lantimosa, Trash Story Magdy Fertacz, teksty Elfriede Jelinek. Gdy Dymna w scenie fantazji stoi ubrana w królewską szatę, przewrotnie i ironicznie nawiązuje do swojej roli w Barbarze Radziwiłłównie, gdy zaś oszalała i znerwicowana zaczyna krzyczeć i płakać, przypominają mi się wywiady, w których opowiadała, jak miała wyglądać jej Ofelia w niedokończonym przez Konrada Swinarskiego Hamlecie… Te wszystkie tropy, odniesienia, cytaty i nawiązania są jednak od siebie bardzo odległe, a sama Królowa miłości jest dziełem autonomicznym, które wymyka się klasyfikacjom gatunkowym i łatwym interpretacjom, co momentami drażni, ale jednocześnie sprawia, że to spektakl niepokojący i fascynujący.

Kto jest właściwie tytułową królową? Czy matka, która tak kochała syna, że nie chciała dostrzec wyrządzonego przez niego zła? Czy może córka, która – choć matka traktuje ją potwornie – ofiarnie się nią zajmuje, zaniedbując samą siebie? Akcja rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, mieszkaniu Jadwigi i jej córki, stałość scenografii wzmacnia efekt teatralności w telewizyjnej formie.  Z kolei przez montaż kolejnych ujęć i scen, nagłe zmiany perspektywy i planów odbiorca nie do końca wie, ile czasu minęło między wydarzeniami, co zdarzyło się w jakiej kolejności, a to sprawia, że Królowa miłości wydaje się bardziej „filmowa”.

Te mnożące się pytania w krótkim i pozornie prostym spektaklu sprawiają, że staje się on punktem wyjścia do ciekawych dyskusji – m.in. o granicach miłości, ale także o starości. Nie tak dawno Anna Pajęcka w „Dwutygodniku” w tekście Jak pokazać starość zwracała uwagę, że współczesny polski teatr z problemem starości mierzy się coraz intensywniej, co wynika m.in. z prostego faktu, że społeczeństwo się starzeje. Widać zresztą, że ten temat rezonuje z publicznością. Na Facebooku Teatru Telewizji pojawiło się wiele głosów komplementujących Królową miłości, zachwycających się aktorkami i wzruszonych postawą córki, która trwa przy matce mimo wszystko. Myślę, że ten entuzjazm wynika ze wspólnoty doświadczeń – wielu ludzi opiekuje się swoimi starymi rodzicami, co nie jest zadaniem łatwym ani wdzięcznym. Możliwe zresztą, że gloryfikowanie postaci córki (która w mojej opinii jest w tym przedstawieniu bohaterką najbardziej podejrzaną, o niejednoznacznych motywach) może wynikać z narcyzmu (lubimy siebie widzieć jako udręczone ofiary) oraz wspólnego lęku i logiki karmicznej (musimy pomagać naszym starym rodzicom, bo wierzymy, że nam ktoś na starość pomoże). Starość jest tu pokazana bez upiększeń, jako doświadczenie trudne i upokarzające – zarówno dla samej seniorki, jak i jej otoczenia. Jednocześnie niedopowiedzenia i trudny charakter bohaterki chronią Królową miłości przed sentymentalnym banałem. Jadwiga to nie sympatyczna babcia z telenoweli, tylko pełnokrwista postać, którą obserwujemy w jej pięknie i brzydocie. Pozornie to prosta historia o starości, ślepej miłości i wypieranej przeszłości, ale gdy się trochę poskrobie, spektakl zaczyna robić się ciekawszy.

Królowa miłości, reż. Monika Czajkowska / fot. Natasza Młudzik / TVP

Nie jest oczywiście doskonały – momentami traci tempo i napięcie, zwłaszcza pod koniec, kiedy nie wiadomo, dokąd właściwie historia zmierza. Niektóre efekty raczej przedstawieniu szkodzą (na przykład finałowe ujęcie, które „rozbija się” cyfrowo na kawałki, jak stłuczone lustro). Ale udało się stworzyć dzieło spójne, prowokujące do rozmowy. Rola Dymnej jest bez wątpienia popisowa, choć warto wspomnieć również o pozostałych aktorkach. Dominika Bednarczyk, odpowiednio udręczona i w bladych dresach, umie w samym spojrzeniu zawrzeć i troskę o matkę, i złość na nią, i przerażenie jej zachowaniem. Aleksandra Konieczna jest rozkoszna w roli dobrotliwej i miłej koleżanki-idiotki, która drobi po mieszkaniu w swoich obcasikach i kapelusiku z woalką na głowie. Bardzo ciekawie wypada też Dudziak, aktorka aż drażniąco współczesna, która potrafi uchwycić wiele zachowań i elementów dzisiejszych dwudziestolatków. Jej mamroczący głos, ton zawieszony między pretensją a zniecierpliwieniem, nerwowe przyruchy, smutne i pozbawione życia spojrzenie tworzą złudzenie naturalności młodzieńczej ekspresji. Ciekawie wypada zwłaszcza w scenach z Dymną. Dwie świetne aktorki, kompletnie różne, grają naprzeciw sobie we wspólnej sprawie. Publiczność takie aktorskie starcia bardzo lubi.

Autorskie produkcje Teatru Telewizji ogląda się z zaciekawieniem, często z przyjemnością. Czasem można odnieść wrażenie, że telewizyjne spektakle są lepsze od tych realizowanych na żywo w teatrach dramatycznych, zapewne dlatego, że są staranniej przygotowane, lepiej przemyślane. Czy to kwestia większych budżetów? Nie wiem. Czy może świadomości, że obejrzy je więcej widzów, a dzieło zostanie utrwalone? Trudno powiedzieć. Niekiedy chciałoby się, by teatry dramatyczne produkowały mniej spektakli, za to lepszej jakości.

Teatr Telewizji, Królowa miłości Sandry Szwarc, reżyseria Monika Czajkowska, scenografia Aleksandra Reda, kostiumy Zofia Komasa, muzyka Antoni Wojnar, zdjęcia Oleksandr Pozdnyakov, montaż Szymon Sabarański, premiera 12 stycznia 2026.

Stanisław Godlewski

Adiunkt w Instytucie Sztuki PAN, wykładowca Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, sekretarz redakcji „Pamiętnika Teatralnego”. Jego zainteresowania naukowe obejmują historię teatru polskiego w XX i XXI wieku, a także krytykę teatralną w wymiarze historycznym i praktycznym.