Społeczny fantasta

Społeczny fantasta
Sztuka protestu, reż. Michał Buszewicz / fot. Piotr Nykowski / Teatr Współczesny w Szczecinie
Sztuka protestu powstała we współpracy z grupą ekspercką aktywistów klimatycznych Ostatnie Pokolenie oraz przedstawicielami innych ruchów. Spektakl opowiada o starciach młodych aktywistów ze starszym pokoleniem, ale w miejsce ostrego konfliktu pojawia się fantazja jako wentyl i śmiech jako narzędzie rozbrajania powagi.

Jak protestować? Najlepiej tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, a zarazem skutecznie. Taki jest obraz aktywistów ekologicznych: mają za dużo czasu, za dużo pieniędzy, a w ogóle gdzie są ich rodzice?

Znam sporo protestujących jeszcze z czasów własnej lewicowej aktywności politycznej i na ogół są to całkiem zwyczajni ludzie, choć niekiedy przykuwają się do maszyn w Puszczy Białowieskiej i żyją w niepewności, czy sąd tym razem nie zamieni prac społecznych na sześćdziesiąt dni aresztu. Łączy ich to, że nie odpuszczają; obciąża społeczny konflikt i medialne uproszczenia. Oglądając Sztukę protestu w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio widziałam na scenie spektakl o młodych ludziach walczących o klimat. Przypomniała mi się jedynie Wyspa Jadłonomia Macieja Podstawnego w Teatrze Studio.

Nie dziwi, że to właśnie Michał Buszewicz sięga po temat aktywizmu klimatycznego. Nie ze względu na poglądy reżysera (tych nie znam), lecz z uwagi na jego konsekwentną pracę z młodzieżą oraz stałe przyglądanie się grupom funkcjonującym na obrzeżach społecznej akceptacji, a także silnie stereotypizowanym czy reprezentującym skrajności. Przykładów jest aż nadto: Kibice w Teatrze Żydowskim czy Dom niespokojnej starości poświęcony osobom starszym. W innych spektaklach Buszewicz podejmował tematy wypalenia zawodowego, syndromu oszusta, wrażliwej męskości. Reżyser od lat korzysta z dramaturgii doświadczenia. W jednej z rozmów mówił, że to praca przy Kwestii techniki otworzyła mu oczy na „nierozpoznane zasoby twórcze, istniejące tam, gdzie się ich nie oczekuje”. Przyznam, że coraz częściej chciałabym zobaczyć, jak reżyseruje klasykę albo adaptację fikcji, oderwane od bieżących sporów, ale na razie z ciekawością obserwuję, jak przechodzi przez kolejne palące kwestie. I w zasadzie za każdym razem sobie z nimi radzi.

Sztuka protestu powstała we współpracy z grupą ekspercką aktywistów klimatycznych Ostatnie Pokolenie oraz przedstawicielami innych ruchów. To od nich Buszewicz zaczerpnął język i doświadczenia. Nie oszukujmy się, spektakl będą oglądać głównie widzowie znający aktywizm z medialnych relacji. To, jak media pokazują protestujących, wyraźnie Buszewicza interesuje. Tutaj aktywiści dostają głos nie po to, by powtarzać hasła, lecz by mówić o swoich motywacjach. Ile jest tych głosów i co się za nimi kryje, odkrywamy w krótkich monologach, przebłyskach, momentach słabości, a czasem znów w fantazjach. Buszewicz jest zresztą trochę społecznym fantastą: najpierw uważnie przygląda się rzeczywistości i ją diagnozuje, a potem stopniowo przesuwa opowieść w stronę fikcji.

Zaczyna się od rowerków stacjonarnych produkujących energię dla Tamagotchi, urządzenia dobrze znanego urodzonym w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Zabawa nim polegała na opiece nad wirtualnym stworzeniem. Tamagotchi to Ziemia: żeby przetrwała, ktoś musi nieustannie pedałować. Robią to młodzi aktywiści (Konrad Beta, Kacper Kujawa, Wojciech Sandach i Maria Wójtowicz). Przygląda się im starsze pokolenie: dyrektorzy, prawnicy, politycy i oczywiście kierowcy (Konrad Pawicki, Paweł Niczewski, Paweł Adamski, Robert Gondek, Przemysław Walich). Ubrani w garnitury, krótkie spodenki i kolorowe krawaty, wyglądają jak niedorośli do swoich ról chłopcy albo dorośli, którzy wobec wyzwań klimatycznych reagują jak dzieci: tupną nogą i zrobią po swojemu. Zamiast waty cukrowej wybiorą kolejną działkę pod wieżowiec. Dokonają zmiany w planie zagospodarowania, likwidując skrawek zieleni – odbagnianie, wylesianie, zabudowa, w końcu autostrada, hucznie zresztą otwierana w scenie z udaną grą słów („droga droga”, choć koszty są środowiskowe).

Na nogach mają skarpety. Jedną w cytrynki, symbolizujące pewnie boomerski luz albo drogie wakacje, drugą w dolary – jasny znak, co reprezentują: kapitał i brak społecznej odpowiedzialności (kostiumy Lili Dziedzic). Choć umowa zakłada wspólne podtrzymywanie wirtualnej planety, to właśnie oni najchętniej się od tego wymigują – językiem paragrafów, oczywiście. Jest jeszcze Daria (Maria Dąbrowska), pracowniczka korporacji i autorka kampanii ekologicznych. Na drodze do nowego życia – którego początkiem ma być rozmowa o pracę w kolejnej firmie – staje jej protest aktywistów przyklejonych do ulicy. Nieoczekiwanie przyłącza się do nich (fikcja!) i zostaje mediatorką. Kimś pomiędzy. Może figurą aspiracji klasy średniej z awansu? Scenografia Michała Dobruckiego ewoluuje w trakcie spektaklu. W oczy rzucają się obalony pomnik przedstawiający skuloną postać, kula zawieszona nad sceną (planeta Ziemia) oraz pomnik-schody, podobny do tego z warszawskiego Placu Piłsudskiego. Sensy tym elementom nadają światło (Jędrzej Jęcikowski) i projekcje na kuli.

Spektakl opowiada o starciach młodych aktywistów ze starszym pokoleniem, ale w miejsce ostrego konfliktu pojawiają się fantazja jako wentyl i śmiech jako narzędzie rozbrajania powagi. Buszewicz nie pierwszy raz stosuje dramaturgię, która odsłania groteskową naturę realnych sporów. Ze spraw naprawdę poważnych można się tu pośmiać i nie jest to ucieczka, ale alternatywny sposób patrzenia. Najciekawsze są właśnie te sceny: sen jednego z dyrektorów, w którym, jako pajac stojący nad Atlantykiem, jednym kopnięciem zatapia wyspy; monolog policjantki Eli (Barbara Biel), wyobrażającej sobie, że stanie się bohaterką miejskiej legendy: policjantką ochraniającą protest, która nagle przechodzi na drugą stronę, i jak w słynnym haśle skandowanym na protestach przeciw policji „zdejmuje mundur i przeprasza matkę”.

Wreszcie scena, w której przedstawiciel władzy mówi: „ja chcę tylko powiedzieć, że jestem człowiekiem, który je jedzenie, używa rzeczy […]. Czy to, że żyłem w kraju, w którym nie zanosiło się, że będę miał dostęp do czekolady, nie daje mi teraz prawa do odrobiny luksusu? Już się nasłuchałem, że musimy na chwilę zacisnąć pasa, a teraz jestem stary i chciałbym spróbować pobyć, pojeść, pojeździć”. To też klasyfikuję jako fikcję. Choć brzmi jak szczera, smutna prawda i realne źródło generacyjnego napięcia, trudno wyobrazić sobie, by taka rama narracyjna stała się dominująca w debacie o aktywizmie klimatycznym – debacie, której temperatura rośnie niemal tak szybko, jak rosnąć będzie temperatura planety, jeśli na szczytach władzy nie zapanuje globalny konsensus w sprawie polityki klimatycznej.

Sztuka protestu, reż. Michał Buszewicz / fot. Piotr Nykowski / Teatr Współczesny w Szczecinie

Fantazja pozwala tu każdej ze stron powiedzieć więcej, a śmiech, choć chwilowo rozładowuje napięcie, nie unieważnia pytania, które pozostaje w tle. Choćby w scenie, w której piosenkę We Are the World śpiewa chór mężczyzn (tych w marynarkach i kolorowych spodenkach), głosami zmodyfikowanymi helem z balonu – w nagrodę za to, że ktoś z publiczności pokręci za nich na rowerze. Przecież to nic innego jak „uspołecznianie kosztów i prywatyzacja zysków”. A że trzeba się trochę wygłupić? Państwo polskiego sejmu nie oglądali? Tam to się ministrowie wygłupiają.

Skoro o ministrach mowa, to gdzie w tym wszystkim jest system? System nie dostaje języka, którym mógłby o sobie opowiedzieć, i to jest w tym przedstawieniu najciekawsze. Policjantka posługuje się pojedynczymi słowami: „mandat, odklejam, usuwam, pouczam”, powtarzanymi machinalnie. Sąd odpowiada równie bezosobowo: „grzywna, oddalam, skazuję”. To nie są zdania, tylko procedury. System dysponuje formularzem, ale nie ma narracji. Co istotne, język zawodzi nie tylko instytucje. W jednej z najlepszych scen aktywistka grana przez Marię Wójtowicz wygłasza długi monolog o tym, jak najlepiej publicznie powiedzieć słowa: „to jest alarm, ten pomnik symbolizuje walkę, ja też chcę walczyć, po to, aby warunki, w których żyję, były znośne” – i zacina się raz po raz, w pół zdania. Także aktywistom trudno znaleźć formę dla języka protestu, który nie zabrzmi patetycznie, żenująco, cringe’owo nawet dla nich samych, a jednocześnie przekaże coś elementarnego, czyli ich intencje. Chcą powiedzieć coś prostego, a brzmią jak mem. Chcą krzyczeć, a słyszą w swojej frazie kalkę.

W tym sensie wszyscy są tu niezrozumiani: aktywiści przez starsze pokolenie i media, boomerzy przez młodych, policjantka przez protestujących, Daria – przez samą siebie. A systemu, paradoksalnie, nie rozumie nikt, bo nikt nie potrafi uchwycić go inaczej niż poprzez jego skutki. To nie jest spektakl o tym, kto ma rację w swoich metodach. To spektakl o tym, jak bardzo brakuje nam wspólnego języka innego niż przekrzykiwanie się oraz zrozumienia wspólnego interesu. Scena monologu Wójtowicz kończy się mocnym, niemal malarskim kadrem: aktorka staje za postumentem, przybierając postać dumnej syrenki, tej, którą Ostatnie Pokolenie oblało farbą w Warszawie.

Cały ten sceniczny bałagan – świat pełen cynizmu, strachu, frustracji i przede wszystkim rosnącej temperatury – obserwują pojawiające się dwukrotnie „ciała niebieskie” (Iwona Kowalska i Jacek Piątkowski). W medytacyjnym tonie uruchamiają w nas wizję lepszego świata prostą komendą: „zamknij oczy i wyobraź sobie”. Kiedy jednak je otwieramy, wpadamy w sam środek chaosu, niezrozumienia i kolejnej porażki. Znów się nie udało.

Udało się jednak coś innego. Powstał dobry spektakl, który być może minimalnie przesuwa akcenty. Podczas sobotniej premiery teatr świętował swoje pięćdziesięciolecie, a obecny na jubileuszu prezydent Szczecina skomentował przedstawienie słowami: „może coś zrozumiemy”. Szczecin, jedno z najbardziej prosamochodowych miast w Polsce, którego centrum przecina miejska autostrada, rzeczywiście powinien wyciągnąć wnioski. Dobra sztuka w dobrym miejscu. Teraz pozostaje cierpliwość. Bo jak przypomina informacja wyświetlona na scenie, niewiele czasu zostało do momentu, po którym nie będzie już odwrotu.

Teatr Współczesny w Szczecinie, Sztuka protestu, tekst i reżyseria Michał Buszewicz, choreografia Katarzyna Sikora, muzyka Aleksandra Gryka, scenografia Michał Dobrucki, kostiumy Lila Dziedzic, multimedia Radomir Majewski, światło Jędrzej Jęcikowski, premiera 28 lutego 2026.

Anna Pajęcka

Krytyczka sztuki współczesnej i teatru. Kierowniczka działu teatralnego w „Dwutygodnik.com”. Publikowała m.in. w „Dialogu”, „Tygodniku Powszechnym”, „Piśmie”, „Czasie Kultury”. Laureatka Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na recenzje teatralne (2024). Stypendystka stypendium artystycznego m.st. Warszawy (2023).