A co byś wolał?
Bohaterowie opowiadania Merville’a tkwią w imposybylizmie, by przywołać określenie popularne na polskiej prawicy; w niemożności zmiany rzeczywistości, która wydaje się coraz bardziej podejrzana.
Szef czegoś chce, pracownik odpowiada: „Wolałbym nie”. Subtelna odmowa, z którą nie wiadomo co zrobić, a która ma dezorganizować system, to temat opowiadania Kopista Bartleby. Historia z Wall Street Hermana Merville’a. Opowiadania czytanego uważnie przez Gillesa Deleuza, Giorgio Agambena czy Slavoja Žižka – jak przypomina w programie Teatr Łaźnia Nowa, który „Wolałbym nie” wystawił właśnie w reżyserii Tomasza Fryzła i adaptacji Piotra Fronia. Jak działa to studium buntu i rozpadu?
Cały spektakl ustawia scenografia Anny Oramus – trochę zaklęty krąg, trochę ring, monumentalna konstrukcja po której krążą aktorzy. Od strony wizualnej to monochromatyczne przedstawienie łączy minimalizm z rozmachem. Ten paradoks jakoś wpisuje się w temat – słabo-silnego buntu, odmowy łagodnej, ale mogącej nieść potężne skutki. Tylko czy faktycznie to odmowa jest tu siłą zmieniającą świat?
Starcie dwóch mężczyzn, prowadzących ze sobą grę naprzemiennych niedopowiedzeń, podejrzeń i oskarżeń przypomina mi parę innych spektakli – między innymi Samotność pól bawełnianych Radka Rychcika z Kielc czy Emigrantów Wiktora Rubina także z Łaźni Nowej. Takie sceniczne szachy muszą opierać się na aktorach – tak dzieje się i tutaj.
Adam Borysowicz jako Bartleby jest subtelny, nieco bez wieku, sympatycznie ironiczny – tak delikatnie, że nie wiadomo do końca nawet, czy ta ironia jest intencją, czy po prostu zrezygnowanym nastawieniem do świata.
Z kolei Sebastian Grygo, w roli pracodawcy uwikłanego w liczne zależności, nie wydaje się stać tu na dużo silniejszej pozycji niż Bartleby. Obaj panowie tkwią w imposybylizmie, by przywołać określenie popularne na polskiej prawicy; w niemożności zmiany rzeczywistości, która wydaje się coraz bardziej podejrzana – co przejawia się choćby w zachowaniach wspominanych tylko w dialogach pozostałych współpracowników. Jest w tej niemocy coś niepokojąco trafnego, gdy jednocześnie słyszy się narzekania na pasywizm młodego pokolenia, czyta o „bezzębnej generacji”, czy z drugiej strony, słyszy deklaracje emigracji wewnętrznej starszych polskich inteligentów, którzy w odpowiedzi na powtarzaną odmowę „Wolałbym nie” odpowiadali z reguły do niedawna: „A co byś wolał?”.
Niezależnie od słabości obu stron scenicznego konfliktu u Fryzła, działają wokół nich potężne siły. Zapada głęboka ciemność, postaci świecą sobie latarkami, sceniczną rzeczywistością wstrząsają mocne dźwięki Nikodema Dybińskiego. Ze społecznej krytyki lądujemy jakby u Becketta, w jakimś metafizycznym wręcz absurdzie – dwie kruche figurki, dookoła których znika świat.
Melville rymuje się więc tutaj z apokaliptycznymi nastrojami. Problem polega na tym, czy rzeczywiście sięganie dziś po tego klasyka może nam zaoferować nową społeczną diagnozę. Zaryzykowałbym nawet tezę, że w Polsce Herman Melville jest bardziej autorem „Kopisty Bartleby’ego” niż autorem „Moby Dicka”.

Na pewno jest tak w polskim teatrze i jego okolicach. Melvillowski refren stał się w ostatnich kilkunastu latach wpływowym memem. „Wolałabym nie” powtarzała postać aktorki wpychanej w kolejne sztance myśli reżyserskiej w Geniuszu w golfie Weroniki Szczawińskiej i Agnieszki Jakimiak, spektaklu o micie Swinarskiego z 2014 roku ze Starego Teatru. Dwa lata później, w Berlin Alexanderplatz z Teatru Studio, Natalia Korczakowska kazała powtarzać to zdanie w finale głównemu bohaterowi spektaklu – niszczonemu przez obumierające społeczeństwo faszyzującej się Republiki Weimarskiej.
Wcześniej była literatura. W 2005 krakowski ha!art wydał całą antologię opowiadań inspirowanych odmową Bartleby’ego, pod redakcją Grzegorza Jankowicza – z tekstami między innymi Sylwii Chutnik, Jacka Dehnela czy Jakuba Żulczyka.
Ale gdyby pogrzebać głębiej, to w rodzimym teatrze obecność odmowy Melville’a sięga jeszcze czasów Edwarda Gierka. W 1973 roku warszawski Teatr Dramatyczny wystawił adaptację pt. Bartleby, napisaną dziesięć lat wcześniej przez Jerzego Zawieyskiego – homoseksualnego katolika, posła na Sejm PRL z ramienia Koła Znak. Bartleby’ego, czyli Bobka, grał w niej w dwudziestosiedmioletni Piotr Fronczewski.
Wracając jednak do Nowej Huty i 2026 roku, Kopista Bartleby w wykonaniu Fryzła to kolejne, po Latach według Annie Ernaux, porządne wystawienie literatury, z wyrazistym pomysłem – nie jestem tylko pewien, czy pomysłu tego starcza na całe 70 minut przedstawienia.