Chłopacki postmodernizm w rytmie techno
Trudno uchwycić główną myśl spektaklu – być może jej nie ma. Z pewnością twórcy i twórczynie podkreślają znaczenie uzależnień we współczesnym świecie, ale nie aktualizują ich o nowe zagrożenia związane z rozwojem technologii.
Spektakl rozpoczyna się zgodnie z literą powieści Davida Fostera Wallace’a. Jeden z głównych bohaterów, Hal Incandenza (Hugo Tarres), zdaje egzaminy na studia. W książce jest maglowany przez kilku pedagogów, w inscenizacji przez jednego Gigarektora (Henryk Simon). W oryginale Hal milczy, natomiast na scenie Teatru Narodowego zanosi się głośnym śmiechem, odsłaniając przed publicznością swoją szaleńczą naturę. To niezwykle utalentowany tenisista i piekielnie inteligentny chłopak. Lubi palić zioło – w kontekście całego dzieła jest to kluczowa informacja.
Hal ma dwóch braci: niepełnosprawnego intelektualnie Maria (Kacper Matula), z którym uczęszcza do szkolącej przyszłych mistrzów Enfieldzkiej Akademii Tenisowej, oraz Orina (Hubert Łapacz), zawodowego futbolistę, stroniącego od rodziny. Dyrektorką Akademii jest ich matka, Avril Incandenza (Sławomira Łozińska). Ojciec, James Incandenza, nazywany przez synów Jegomościem, był założycielem Akademii i twórcą filmów dokumentalnych oraz fabularnych. Nadużywał alkoholu, zmagał się z depresją, ostatecznie popełnił samobójstwo, wkładając głowę do mikrofalówki. W powieści pojawia się wyłącznie w retrospekcjach, w spektaklu zaś – jako duch (również Henryk Simon).
Niewyczerpany żart to opus magnum Wallace’a i jeden z ważniejszych utworów postmodernizmu – lektura niezwykle wymagająca ze względu na skomplikowany język (anachronizmy, neologizmy, hermetyzmy), poszatkowaną narrację, mnogość wątków, bohaterów oraz czasoprzestrzeni. Łatwo się zgubić. Czas określany jest poprzez nazwy produktów – Rok pieluchomajtek Depend dla dorosłych, Rok produktów mleczarskich z serca Ameryki, Rok mydełka Dove w rozmiarze próbnym…
Powieść organizują trzy motywy. Wydarzenia rozgrywające się w Enfieldzkiej Akademii Tenisowej oraz w leżącym po sąsiedzku ośrodku dla uzależnionych Ennet House. Trzecim wątkiem są poszukiwania kartridżu z filmem Jamesa pod tytułem Niewyczerpany żart. To dzieło tak absorbujące, że aż niebezpieczne. Słyszymy opowieść o attaché medycznym, który po powrocie do domu odnajduje kartridż wśród nieprzeczytanej poczty; po wpięciu go w telewizor zapomina o podgrzanym posiłku i ogląda film w zapętleniu. Traci kontrolę nad potrzebami fizjologicznymi. Jego żona, zaniepokojona fetorem, podbiega do męża i również ulega magnetyzmowi rozrywki. Liczba ofiar rośnie aż do momentu odłączenia prądu w całym budynku. Obok tych trzech powracających, nie do końca korespondujących ze sobą wątków, pojawia się mnóstwo postaci pozornie niezwiązanych z fabułą – niczym epizodyczni przechodnie mijani na ulicy, których nie zauważamy – skupieni na sobie i własnych uzależnieniach.
Reżyser i autor adaptacji, Kamil Białaszek, znacząco upraszcza język. Uczniowie Akademii posługują się slangiem – walą bongo i palą giety. Nie kreują się na intelektualistów, są zwykłymi chłopakami, którzy czas pomiędzy treningami, lekcjami a posiłkami wypełniają zabawą oraz pogonią za przyjemnością. Nie interesują się dziewczynami, ale nie nazwałabym ich mizoginami ani incelami. W powietrzu kipi homoerotyka, podsycana scenami bójek oraz popkulturowymi kliszami rodem z męskich szatni. Wyjątek stanowi Wayne, uwiedziony przez dyrektorkę Avril Incandenzę. W spektaklu symbolizuje go elektryczny samochodzik – humorystyczny zabieg pozwala na uniknięcie reprodukcji efebofilii w teatrze. Sceny dialogowe przeplatają się z choreograficznymi. Taki – uproszczony i uatrakcyjniony – sposób przepisania biblii postmodernizmu to być może jedyna skuteczna droga, by zachęcić młodszą widownię do obcowania z bardziej wymagającymi tekstami kultury, aczkolwiek reżyserowi bardziej niż na misji zależało raczej na temacie narkotyków i chłopackiej estetyce.
Trudno uchwycić główną myśl spektaklu – być może jej nie ma. Z pewnością twórcy i twórczynie podkreślają znaczenie uzależnień we współczesnym świecie, choć nie uzupełniają tego obrazu o najnowsze formy nałogu, związane z mediami cyfrowymi, technologią i masową konsumpcją. Wątek poszukujących kartridżu agentów Marathe’a (Grzegorz Kwiecień) i Steeply’ego (Bartłomiej Bobrowski) nie owocuje porównaniem uzależniającego filmu do zmory cyfrowego świata – infinite scrollingu. Kaseta z morderczą rozrywką była kilkadziesiąt lat temu (powieść ukazała się w 1996 roku) zapowiedzią możliwej dystopii. Dziś, w świecie, w którym nawet kilkulatki mierzą się z uzależnieniem (od YouTube’a, kreskówek czy bajek) i zespołem odstawiennym, problem jest realny. Najlepsze scenariusze Czarnego lustra pisze rzeczywistość. Bohaterowie spektaklu nie są jednak wpatrzeni w ekrany ani z nimi zespoleni. Wyjątkiem pozostaje scena taneczna (przykuwająca uwagę choreografia Bartosza Dopytalskiego), w której aktorzy noszą na piersiach tablety z wyświetlonymi, zdeformowanymi logotypami popularnych marek: Adidas staje się „adidosem”, a Pampers – „pimpersem”.
Złożony jest też stosunek do narkotyków. W Akademii bohaterowie palą zioło, w Ennet House opowiadają o tym, jak substancje psychoaktywne i alkohol zrujnowały ich życie. Pojawia się również wątek współczesnych Stanów Zjednoczonych – aktorzy trzymają tekturowe formy, na których namalowano wizerunki najpopularniejszych amerykańskich polityków, w tym prezydenta Donalda Trumpa. W karykaturalnej scenie próbują porozumieć się z przedstawicielem Kanady, oferując mu przekazanie prawa własności do skażonej ziemi. Powieść Wallace’a wprawia w zakłopotanie, spektakl Białaszka przebodźcowuje i momentami nuży. Mimo to wiele jego elementów zasługuje na uznanie.
Szczególnie zachwycają kreacje aktorskie rodziny Incandenza, na czele z Hugo Tarresem. Przyjęty niedawno do zespołu Teatru Narodowego aktor buduje postać nieoczywistą, jednocześnie frenetyczną i empatyczną. Łapacz (jako Orin), mimo że pojawia się głównie za pośrednictwem wideo, kreuje wizerunek silnego mężczyzny, który otwiera się emocjonalnie podczas nienormatywnych praktyk seksualnych. Łozińska (jako Avril), choć rzadko obecna na scenie, przekonująco wciela się w kompulsywnego MILFa.

Warto wspomnieć o scenografii Julii Zawadzkiej. Artystka zaprojektowała ogromny, wypełniający całą Scenę na Wierzbowej obiekt w kształcie ludzkiej szczęki z trzydziestoma dwoma zębami: siekaczami, kłami i trzonowcami. Zęby są miejscami pokruszone, umieszczone w nich ekrany symbolizują próchnicę. Jedynki dolne i górne osadzono na ruchomej platformie, przez którą wchodzą i wychodzą bohaterowie. Nasuwają się skojarzenia z uszkodzonym szkliwem i chorobami jamy ustnej wynikającymi z nadużywania narkotyków. Oprawa wizualna przypomina materializację najgorszego koszmaru.
Białaszek postawił sobie ambitny cel wystawienia ponad tysiącstronicowej powieści. Niezaproszenie do współpracy dramaturga i samodzielne opracowanie tekstu wydawało się przepisem na katastrofę, a jednak są w Niewyczerpanym żarcie znakomite momenty, jak scena rabunku w zwolnionym tempie. Nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że ta skomplikowana i wielowątkowa narracja prowadzi donikąd. Czy sam Wallace wiedział, dokąd zmierza? Nie wiem. Nie przeczytałam do końca.