Czyńcie sobie ziemię poddaną
Zemsta na mężczyznach to wznoszący trend w kulturze. Zanim nazwiemy to mizandrią, sprawdźmy statystyki dotyczące przemocy ze względu na płeć. Fantazje są niewinne, za to winni przemocy są najczęściej mężczyźni.
Reżyserka Lena Frankiewicz i dramaturżka Sandra Szwarc stworzyły udaną adaptację powieści Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk. Przedstawienie w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi pozostaje wierne pierwowzorowi – zarówno w warstwie fabuły, języka, jak i w rozłożeniu akcentów. Formalnie to kryminał, choć zagadka „kto zabił?” nie należy do najtrudniejszych – domyślamy się tego już na wczesnym etapie historii. Twórczynie powracają jednak do kluczowych pytań, które noblistka stawiała w 2008 roku, gdy książka miała swoją premierę: Jak to możliwe, że ludzka empatia jest tak wybiórcza? Dlaczego los jednych istot nas przejmuje, a inne traktujemy z okrucieństwem? Dlaczego wyobrażamy sobie, że osoby kochające pieski są dobrymi ludźmi, nawet jeśli na obiad jedzą równie słodką świnkę? Pardon, wieprzowinkę.
Są wśród nas tacy, w których ten porządek świata wywołuje szczególną wściekłość. Ich publiczne protesty przeciwko obowiązującemu status quo widziane są jako ekscentryczne wymysły, z kolei polowania nadal są akceptowane przez większość społeczeństwa jako przejaw pasji, choć sensowniej byłoby widzieć w nich oznakę uszczerbku na psychice.
Grono osób, którym leży na sercu dobro zwierząt, znacząco powiększyło się od czasu wydania powieści, co wpływa na rosnącą dostępność bezmięsnych opcji w sklepach i knajpach, ale także stopniowe próby zmieniania prawa – w ostatnim czasie sukcesem zakończyła się walka o zakaz hodowli zwierząt na futra; z kolei los tzw. ustawy łańcuchowej, czyli zakazu trzymania zwierząt na łańcuchach, przypieczętował wetem prezydent Karol Nawrocki – uznając ją za absurdalną.
Do radykalnych buntowniczek należy główna bohaterka, czyli Janina Duszejko (Milena Lisiecka). To zafascynowana astrologią starsza pani, która postanawia wymierzać sprawiedliwość na własną rękę, karząc śmiercią tych, którzy czerpią rozrywkę z zabijania niewinnych zwierząt. Oprócz wyjątkowej wrażliwości na istoty nie-ludzkie Duszejko ma także prywatny powód – myśliwi zabili jej psy.
Na ofiary wybiera wyłącznie mężczyzn. Zemsta na mężczyznach i obrazy ich cierpienia są wciąż wznoszącym trendem nie tylko w teatrze, ale w całej współczesnej kulturze. Ostatnia premiera w łódzkim Jaraczu, czyli Czas na wielki numer w reżyserii Barbary Bendyk, też porusza ten temat. Mszczące się heroiny znajdziemy również pośród prac prezentowanych w ramach najnowszej wystawy „Kwestia kobieca 1550–2025” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Obrazy te przeniknęły także do popkultury, popularna piosenkarka Sabrina Carpenter w każdym z ostatnich klipów z radością i na wiele sposobów uśmierca mężczyzn. Jest w tej narracji coś pociągającego, emancypacyjnego, dającego ujście złości. Zanim nazwiemy to mizandrią, sprawdźmy statystyki dotyczące przemocy ze względu na płeć. Fantazje są niewinne, za to winni przemocy najczęściej są mężczyźni. Ze złości czerpie także Tokarczuk. Ale nie wszyscy mężczyźni są w jej powieści negatywnymi bohaterami – będą wśród nich osoby mądre i dobre, w porę wyciągające pomocną dłoń.
Rzecz dzieje się w Kotlinie Kłodzkiej, we wsi, którą na zimę opuszczają sezonowo pomieszkujący tam wrocławianie, oddając Duszejko swoje domy pod opiekę. U Tokarczuk czytamy: „Nasza osada to kilka domów, które stoją na Płaskowyżu, z dala od reszty świata. Płaskowyż jest dalekim geologicznym krewnym Gór Stołowych, ich odległą zapowiedzią. Przed wojną nasza kolonia nazywała się Luftzug, czyli Przeciąg, dziś zostało z tego nieoficjalnie Lufcug, bo oficjalnie nie mamy nazwy. Na mapie widać tylko drogę i kilka domów, żadnych liter. Zawsze wieje tutaj wiatr, masy powietrza przelewają się przez góry z zachodu na wschód, z Czech do nas. Zimą wiatr staje się gwałtowany i świszczący; wyje w kominach”.
Góry stanowią ważny element scenografii Agaty Stanuli. To ciemne, złowrogie bloki, niemal stale otoczone dymem, jakby mgłą lub nisko zawieszonymi chmurami. Wśród gór, nierzadko w ciemności i przy świetle latarki, odnajdywane są kolejne ciała martwych mężczyzn. Frankiewicz komponuje wyestetyzowane obrazy, często wykorzystując kontrasty kolorystyczne czy grając światłem, jak w scenie modlitwy przy świecach nad nieżyjącym Wielką Stopą (Mariusz Siudziński).

Po kotlinie biegają przyglądające się wszystkiemu sarny (Agnieszka Kryst, Anna Steller, Alisa Makarenko). Śledzimy ich szczupłe, nagie ciała w majestatycznym ruchu. Wszystkie mają długie, jasne włosy opadające na plecy. Niektóre z choreografii (autorstwa Kryst i Steller) bywają bardzo zmysłowe, jak gdyby sarny swoim tańcem okazywały zadowolenie z zadanych śmierci. Na szczęście kobiece ciało nie jest jedyną nagością, jaką widzimy na scenie. Duszejko natrafia także na postrzelonego w płuco Dzika (Mikołaj Chroboczek), wokół którego zbiegają się sarny, a i sama bohaterka przytula się do jego dyszącego ciała. „Jestem w stanie nieustającej żałoby” – mówi.
Jedna z ostatnich scen dzieje się w kaplicy w Dzień Świętego Huberta, patrona myśliwych. Przed ołtarzem stoją strzelby udekorowane białymi liliami. Ksiądz (Bogusław Suszka) wygłasza kazanie, w którym cytuje biblijne przykazanie, aby ludzie czynili sobie ziemię poddaną, dodając, że „myśliwi są ambasadorami pana Boga”. Duszejko się wścieka. W następnej scenie dowiadujemy się, że ksiądz został znaleziony martwy – następuje kilka sekund pauzy – i na sali rozlega się śmiech. Przedstawienie Frankiewicz jest najlepsze wtedy, gdy nieco odpuszcza mroczny, thrillerowy nastrój i rozbraja go humorem. Kiedy już nikt nie udaje, że nie wiemy, że to główna bohaterka jest morderczynią. Byłabym ciekawa interpretacji Tokarczuk w stylu filmów Kill Bill czy Titane, z nieskrępowaną frajdą z pozbywania się złych mężczyzn. Może jest na to szansa, bo polskie teatry w tym sezonie wyjątkowo mocno interesują się literaturą noblistki.