Jestem Mały
Little Gosi Wdowik to wspaniały spektakl. Piękny wizualnie i afektywny aż strach. Niewiele tu miejsca na myślenie, za to mnóstwo na przeżywanie. Byliście kiedyś szesnastolatkiem albo mieliście z szesnastolatkiem kontakt? No to wiecie, że chłopięce dojrzewanie nie jest najłatwiejsze.
Trzeba się dużo wstydzić. Przede wszystkim własnego ciała. Trzeba się dużo złościć. Na dorosłych i rówieśników. Trzeba się kompromitować. W relacjach z dziewczynami. Trzeba się bić. Z chłopakami. Scenariusz Roberta Bolesty opowiada o tym wszystkim w formie wewnętrznego monologu głównego bohatera, Małego. O tym, co myśli i co mówi, wiemy z tekstu wyświetlanego na surowej ceglanej ścianie Piekarni. Kilka cytatów wystarczy za streszczenie: „Mamo, nie gaś światła […]. Moja wyobraźnia jest przeciwko mnie […]. Boję się, że już nikt nigdy nie powie do mnie Mały”.
Aktorzy właściwie nie używają słów (nie licząc kilku anglojęzycznych zaklęć zapożyczonych z piosenek), jesteśmy przecież we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Klasycznej pantomimy nie ma tu jednak zbyt wiele – dominuje taniec. Kiedy trzeba, realistycznie nieporadny (pamiętacie swoje pierwsze dyskoteki?), kiedy trzeba, imponujący sprawnością – tak solową, jak grupową. Dużo tu streetowej energii, sporo zabawy popkulturowymi kliszami, jak w zespołowym zadymionym slow-motion czy w scenie z synchronicznym układem rodem z teledysku Backstreet Boys.
A właśnie, rzecz się dzieje gdzieś w połowie najntisów. Mały nosi grunge’ową koszulę w kratę narzuconą na bluzę i szerokie czarne jeansy oraz słucha Music for the Jilted Generation The Prodigy. Utwory z tej płyty, gdy trzeba, lekko przycięte bądź uzupełnione przez Agatę Zemlę, co do zasady odtwarzane są niemal w całości: raz z rozmieszczonych dookoła widowni głośników, raz z magnetofonu, który bohater wnosi na scenę. Cieszymy się doskonałą jakością dźwięku, by za chwilę słuchać spłaszczonych bitów jak z tanich słuchawek walkmana, którego używa chłopak. Właściwie Little jest rodzajem adaptacji płyty muzycznej. Lakoniczne teksty przebojów The Prodigy znakomicie komentują kolejne etapy przygód bohatera. Z nich też można ułożyć krótkie streszczenie: „Fuck ’em and their law […]. I got the poison, I got the remedy […]. You’re no good for me, I don’t need nobody […]. My mind is glowing”.
Teatr Wdowik potrafi uwodzić onirycznym i niepokojącym nastrojem, hipnotyzować jak światło odbite w ciemnej wodzie. Znamy to i ze Strachu w TR Warszawa, i ze Wstydu w Nowym Teatrze w Warszawie, ale również ze świetnego Niepokoju, który przychodzi o zmierzchu – poprzedniej pracy reżyserki we wrocławskiej Pantomimie – tak jak i Little odległej od mimicznej ortodoksji. To na tej scenie nic nowego. Od kilku lat WTP przeżywa renesans i śmiało szuka nowych środków wyrazu, zapraszając artystów z innych przestrzeni. W ostatnich sezonach reżyserowali tu między innymi Dominika Knapik, Cezary Tomaszewski, Jakub Skrzywanek, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima oraz Marcin Liber. Kolejną premierę ma przygotować Anna Karasińska.
W najnowszym spektaklu narzędzia z podręcznika Henryka Tomaszewskiego uruchamia głównie duet starszych aktorów. Anna Nabiałkowska wspaniale gra samotną matkę, która nie potrafi nawiązać kontaktu z buntującym się synem. Jan Kochanowski to nie tylko pijący sąsiad w żonobijce, ale też zastępcza figura ojca, z którym Mały musi się zmierzyć, by dorosnąć. Wewnętrzne życie ma chłopak bogate. Dlatego gra go dwóch aktorów: Mikołaj Ciapa i Jakub Pewiński. Ten pierwszy jest realny, ten drugi jest jego fantazją. Coś wam to przypomina? Słusznie. Tekst na ścianie informuje, że Mały chce być jak Brad Pitt w Fight Clubie. Sceny walki robią wrażenie. Zwłaszcza pojedynek dwójki bohaterów z rówieśniczej paczki – granych przez Eloya Moreno Gallega i Mateusza Wierzbickiego.

W obsadzie dominują młodzi artyści, co jest jednym ze źródeł sukcesu. Ich energia roznosi scenę, w czym znakomicie pomaga efektowny pomysł scenograficzny (koncepcja: Gosia Wdowik i Aleksandr Prowaliński), czyli basen w kształcie oka o kilkumetrowej średnicy. Poza nim scena jest pusta. Artyści brodzą w wodzie do kostek, dzięki czemu każdy ich ruch zyskuje na ekspresji, każda emocja staje się intensywniejsza. Przypominam: to historia o nastolatkach, nie ma więc mowy o przesadnym niuansowaniu. Jak smutek, to na kolanach i z głową w wodzie, jak złość, to taka, że krople niemal sięgają sufitu, a jeśli radość, to w euforycznym opętańcu. Jednocześnie scenografia całą tę historię poetyzuje. Na tylnej ścianie oglądamy (filmowane z góry) odbicie tafli, co z jednej strony gwarantuje malarskie refleksy światła (cała jego reżyseria w wykonaniu Prowalińskiego to majstersztyk), a z drugiej, uzupełnia nadrzędną muzyczną metaforę – drżąca woda jest tu jak graficzny wykres dźwiękowej fali.
W abstrakcyjnej przestrzeni aktorzy ruchem powołują kolejne miejsca akcji. Najważniejszy jest dom, który robi się zbyt ciasny. Matka przyłapuje Małego na masturbacji w rytm Voodoo People; wchodząc do pokoju (bez pukania!), przerywa inscenizowanie teledysku do Poison. Ale też wzrusza, gdy sama próbuje zatańczyć do dobiegającego zza ściany No Good (Start the Dance) – i nie znajduje odpowiednich kroków. „Nigdy nie widziałem tańczącej Matki” – myśli Mały, a mnie szklą się oczy. Dobra, chodźmy na dwór.
Grupa nastolatków pali pierwsze papierosy, ustala hierarchie w stadzie i szuka sensu życia, stojąc w kręgu, gdzieś na podwórku, za garażami, za szkołą. W małym mieście, co wiemy z marzenia Małego o zdaniu matury i ucieczce: „Nie chcę zdechnąć tu, gdzie się urodziłem”. Poza domem rodzi się też miłość i rozgrywa żenująca inicjacja seksualna – realistycznie zainscenizowana. Chłopięcy świat jest przesycony erotyką i fantazjami seksualnymi. Tyleż podniecającymi, co przerażającymi. Dlatego na początku spektaklu do basenu, w którym samotnie stoi Mały, wchodzą dwie dziewczyny – jak bliźniaczki z Lśnienia Stanleya Kubricka. Stoją plecami do widowni. Powoli opuszczają majtki do kostek, kucają, sikają. Woda, w której brodzą Mały i wszyscy inni bohaterowie, to nie jakaś zewnętrzna toń, ale wilgoć, którą mamy w sobie. I to w niej powinniśmy się przejrzeć – jak w zwierciadle.
W Little, jak w każdej teenage drama, istotny jest wątek romantyczny. Mały kocha się w dziewczynie granej przez Karolinę Pewińską. Uczucie zdaje się odwzajemnione, ale to za mało, żeby uporać się ze wstydem. Zarządzanie tą właśnie emocją jest wyzwaniem, z którym mierzy się (każdy) nastolatek. Chłopak wyobraża sobie dziewczynę z innym i z zemsty próbuje poderwać drugą z koleżanek (Agnieszka Dziewa) – po to, by ostatecznie postawić na chłopacką solidarność i zyskawszy akcept kolegów, odizolować dziewczyny od grupy. Okrutne to i głupie, ale wiarygodne. Wdowik nie funduje nam przegiętej historii o incelach czy toksycznej manosferze. Traktuje bohaterów z troską, ale bez idealizacji. Jest wobec nastoletnich chłopaków uczciwa, tak jak była wobec ich koleżanek w spektaklu Dziewczyny.
Przedstawienia, w których odbijamy się jak w lustrze, nie zdarzają się zbyt często. Pisanie z nich recenzji jest dość przykre, bo buduje dystans. Dlatego zanim zacząłem, założyłem słuchawki – a potem przetańczyłem całe Music for the Jilted Generation.