Jestem Mały

Jestem Mały
Little, reż. Gosia Wdowik / fot. Natalia Kabanow / Wrocławski Teatr Pantomimy
Little Gosi Wdowik to wspaniały spektakl. Piękny wizualnie i afektywny aż strach. Niewiele tu miejsca na myślenie, za to mnóstwo na przeżywanie. Byliście kiedyś szesnastolatkiem albo mieliście z szesnastolatkiem kontakt? No to wiecie, że chłopięce dojrzewanie nie jest najłatwiejsze.

Trzeba się dużo wstydzić. Przede wszystkim własnego ciała. Trzeba się dużo złościć. Na dorosłych i rówieśników. Trzeba się kompromitować. W relacjach z dziewczynami. Trzeba się bić. Z chłopakami. Scenariusz Roberta Bolesty opowiada o tym wszystkim w formie wewnętrznego monologu głównego bohatera, Małego. O tym, co myśli i co mówi, wiemy z tekstu wyświetlanego na surowej ceglanej ścianie Piekarni. Kilka cytatów wystarczy za streszczenie: „Mamo, nie gaś światła […]. Moja wyobraźnia jest przeciwko mnie […]. Boję się, że już nikt nigdy nie powie do mnie Mały”.

Aktorzy właściwie nie używają słów (nie licząc kilku anglojęzycznych zaklęć zapożyczonych z piosenek), jesteśmy przecież we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Klasycznej pantomimy nie ma tu jednak zbyt wiele – dominuje taniec. Kiedy trzeba, realistycznie nieporadny (pamiętacie swoje pierwsze dyskoteki?), kiedy trzeba, imponujący sprawnością – tak solową, jak grupową. Dużo tu streetowej energii, sporo zabawy popkulturowymi kliszami, jak w zespołowym zadymionym slow-motion czy w scenie z synchronicznym układem rodem z teledysku Backstreet Boys.

A właśnie, rzecz się dzieje gdzieś w połowie najntisów. Mały nosi grunge’ową koszulę w kratę narzuconą na bluzę i szerokie czarne jeansy oraz słucha Music for the Jilted Generation The Prodigy. Utwory z tej płyty, gdy trzeba, lekko przycięte bądź uzupełnione przez Agatę Zemlę, co do zasady odtwarzane są niemal w całości: raz z rozmieszczonych dookoła widowni głośników, raz z magnetofonu, który bohater wnosi na scenę. Cieszymy się doskonałą jakością dźwięku, by za chwilę słuchać spłaszczonych bitów jak z tanich słuchawek walkmana, którego używa chłopak. Właściwie Little jest rodzajem adaptacji płyty muzycznej. Lakoniczne teksty przebojów The Prodigy znakomicie komentują kolejne etapy przygód bohatera. Z nich też można ułożyć krótkie streszczenie: „Fuck ’em and their law […]. I got the poison, I got the remedy […]. You’re no good for me, I don’t need nobody […]. My mind is glowing”.

Teatr Wdowik potrafi uwodzić onirycznym i niepokojącym nastrojem, hipnotyzować jak światło odbite w ciemnej wodzie. Znamy to i ze Strachu w TR Warszawa, i ze Wstydu w Nowym Teatrze w Warszawie, ale również ze świetnego Niepokoju, który przychodzi o zmierzchu – poprzedniej pracy reżyserki we wrocławskiej Pantomimie – tak jak i Little odległej od mimicznej ortodoksji. To na tej scenie nic nowego. Od kilku lat WTP przeżywa renesans i śmiało szuka nowych środków wyrazu, zapraszając artystów z innych przestrzeni. W ostatnich sezonach reżyserowali tu między innymi Dominika Knapik, Cezary Tomaszewski, Jakub Skrzywanek, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima oraz Marcin Liber. Kolejną premierę ma przygotować Anna Karasińska.

W najnowszym spektaklu narzędzia z podręcznika Henryka Tomaszewskiego uruchamia głównie duet starszych aktorów. Anna Nabiałkowska wspaniale gra samotną matkę, która nie potrafi nawiązać kontaktu z buntującym się synem. Jan Kochanowski to nie tylko pijący sąsiad w żonobijce, ale też zastępcza figura ojca, z którym Mały musi się zmierzyć, by dorosnąć. Wewnętrzne życie ma chłopak bogate. Dlatego gra go dwóch aktorów: Mikołaj Ciapa i Jakub Pewiński. Ten pierwszy jest realny, ten drugi jest jego fantazją. Coś wam to przypomina? Słusznie. Tekst na ścianie informuje, że Mały chce być jak Brad Pitt w Fight Clubie. Sceny walki robią wrażenie. Zwłaszcza pojedynek dwójki bohaterów z rówieśniczej paczki – granych przez Eloya Moreno Gallega i Mateusza Wierzbickiego.

Little, reż. Gosia Wdowik / fot. Natalia Kabanow / Wrocławski Teatr Pantomimy

W obsadzie dominują młodzi artyści, co jest jednym ze źródeł sukcesu. Ich energia roznosi scenę, w czym znakomicie pomaga efektowny pomysł scenograficzny (koncepcja: Gosia Wdowik i Aleksandr Prowaliński), czyli basen w kształcie oka o kilkumetrowej średnicy. Poza nim scena jest pusta. Artyści brodzą w wodzie do kostek, dzięki czemu każdy ich ruch zyskuje na ekspresji, każda emocja staje się intensywniejsza. Przypominam: to historia o nastolatkach, nie ma więc mowy o przesadnym niuansowaniu. Jak smutek, to na kolanach i z głową w wodzie, jak złość, to taka, że krople niemal sięgają sufitu, a jeśli radość, to w euforycznym opętańcu. Jednocześnie scenografia całą tę historię poetyzuje. Na tylnej ścianie oglądamy (filmowane z góry) odbicie tafli, co z jednej strony gwarantuje malarskie refleksy światła (cała jego reżyseria w wykonaniu Prowalińskiego to majstersztyk), a z drugiej, uzupełnia nadrzędną muzyczną metaforę – drżąca woda jest tu jak graficzny wykres dźwiękowej fali.

W abstrakcyjnej przestrzeni aktorzy ruchem powołują kolejne miejsca akcji. Najważniejszy jest dom, który robi się zbyt ciasny. Matka przyłapuje Małego na masturbacji w rytm Voodoo People; wchodząc do pokoju (bez pukania!), przerywa inscenizowanie teledysku do Poison. Ale też wzrusza, gdy sama próbuje zatańczyć do dobiegającego zza ściany No Good (Start the Dance) – i nie znajduje odpowiednich kroków. „Nigdy nie widziałem tańczącej Matki” – myśli Mały, a mnie szklą się oczy. Dobra, chodźmy na dwór.

Grupa nastolatków pali pierwsze papierosy, ustala hierarchie w stadzie i szuka sensu życia, stojąc w kręgu, gdzieś na podwórku, za garażami, za szkołą. W małym mieście, co wiemy z marzenia Małego o zdaniu matury i ucieczce: „Nie chcę zdechnąć tu, gdzie się urodziłem”. Poza domem rodzi się też miłość i rozgrywa żenująca inicjacja seksualna – realistycznie zainscenizowana. Chłopięcy świat jest przesycony erotyką i fantazjami seksualnymi. Tyleż podniecającymi, co przerażającymi. Dlatego na początku spektaklu do basenu, w którym samotnie stoi Mały, wchodzą dwie dziewczyny – jak bliźniaczki z Lśnienia Stanleya Kubricka. Stoją plecami do widowni. Powoli opuszczają majtki do kostek, kucają, sikają. Woda, w której brodzą Mały i wszyscy inni bohaterowie, to nie jakaś zewnętrzna toń, ale wilgoć, którą mamy w sobie. I to w niej powinniśmy się przejrzeć – jak w zwierciadle.

W Little, jak w każdej teenage drama, istotny jest wątek romantyczny. Mały kocha się w dziewczynie granej przez Karolinę Pewińską. Uczucie zdaje się odwzajemnione, ale to za mało, żeby uporać się ze wstydem. Zarządzanie tą właśnie emocją jest wyzwaniem, z którym mierzy się (każdy) nastolatek. Chłopak wyobraża sobie dziewczynę z innym i z zemsty próbuje poderwać drugą z koleżanek (Agnieszka Dziewa) – po to, by ostatecznie postawić na chłopacką solidarność i zyskawszy akcept kolegów, odizolować dziewczyny od grupy. Okrutne to i głupie, ale wiarygodne. Wdowik nie funduje nam przegiętej historii o incelach czy toksycznej manosferze. Traktuje bohaterów z troską, ale bez idealizacji. Jest wobec nastoletnich chłopaków uczciwa, tak jak była wobec ich koleżanek w spektaklu Dziewczyny.

Przedstawienia, w których odbijamy się jak w lustrze, nie zdarzają się zbyt często. Pisanie z nich recenzji jest dość przykre, bo buduje dystans. Dlatego zanim zacząłem, założyłem słuchawki – a potem przetańczyłem całe Music for the Jilted Generation.

Wrocławski Teatr Pantomimy, Little Roberta Bolesty, reżyseria Gosia Wdowik, koncepcja scenografii Gosia Wdowik, Aleksandr Prowaliński, scenografia, reżyseria świateł Aleksandr Prowaliński, kostiumy Saskia Hellmann, muzyka, sound design Agata Zemla, premiera 20 marca 2026.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.