MICHAŁ MERCZYŃSKI: Zrobimy Warlikotekę

MICHAŁ MERCZYŃSKI: Zrobimy Warlikotekę
Michał Merczyński / fot. Maurycy Stankiewicz / Nowy Teatr w Warszawie
„Chodzi o to, by mocniej zagrać tym, że to teatr, który założył Warlikowski. On jest wręcz wpisany do statutu tej instytucji, a ja nie chcę z tym ani dyskutować, ani polemizować. Uważam, że tak po prostu powinno być”. Rozmowa z nowym dyrektorem Nowego Teatru w Warszawie.

TOMASZ PLATA: Zacznijmy najprościej: jak to się właściwie stało? Jak został Pan dyrektorem Nowego Teatru?

MICHAŁ MERCZYŃSKI: W październiku zeszłego roku zadzwonił do mnie Krzysztof Warlikowski. Powiedział, że Karolina Ochab, dotychczasowa dyrektorka, niebawem rozstaje się z teatrem. I złożył mi propozycję, bym został jej następcą. Ja na to odpowiedziałem, że musimy się spotkać i porozmawiać, no bo nie wystarczy, że on mówi, że chce. To ja muszę powiedzieć, co chciałbym tutaj zrobić.

TP: Karolina Ochab zadeklarowała publicznie, że odeszła, bo poczuła się wypalona. Środowiskowa plotka podpowiada jednak coś innego: odeszła, bo zbyt napięte stały się jej relacje z częścią zespołu. Ponoć w teatrze coraz częściej pojawiały się głosy, że Nowy za dużo energii i zasobów angażuje w to, co nie jest budowaniem rangi twórczości Krzysztofa Warlikowskiego. Np. w projekty choreograficzne.

MM: Nie chciałbym tego komentować, nie do końca wiem, co się wydarzyło między Karoliną a zespołem, nie było mnie tu. Oceniając na chłodno, z perspektywy czasu, powiedziałbym, że to był rozwód bez orzekania o winie.

TP: A więc miłość się wypaliła?

MM: To naprawdę pytanie nie do mnie. Sam nigdy nie mogłem narzekać na cokolwiek w relacjach z Karoliną. A znamy się od dawna. Pracowaliśmy razem, gdy byłem szefem TR Warszawa, potem Polskiego Wydawnictwa Audiowizualnego i NIN-y. W PWA Karolina była szefową działu programowego. Pamiętam, jak przyszła pewnego dnia i powiedziała, że niebawem będzie chciała odejść, bo Krzysztof Warlikowski zaproponował jej współtworzenie teatru. Taka ciekawa pętla nam się teraz przydarzyła.

TP: Pojawiły się głosy zdziwienia, że dyrektorską nominację otrzymał Pan bez przejścia przez procedurę konkursową.

MM: Nie protestowałem przeciwko ewentualnemu konkursowi. Gdyby miasto zdecydowało się na jego ogłoszenie, stanąłbym do niego.

TP: Warlikowski zadzwonił i umówiliście się panowie. Co Pan zaproponował jako swoją wizję rozwoju Nowego?

MM: Kilka rzeczy. Po pierwsze chodziło o to, by mocniej zagrać tym, że to teatr, który założył Warlikowski. On jest wręcz wpisany do statutu tej instytucji, a ja nie chcę z tym ani dyskutować, ani polemizować. Uważam, że tak po prostu powinno być.

TP: Czyli miejsce Warlikowskiego w jego własnym teatrze jest jednak istotnym tematem…

MM: Krzysiek Mieszkowski napisał niedawno w „Notatniku Teatralnym”, że dzisiejszą pozycję Warlikowskiego można porównać tylko ze statusem Grotowskiego i Kantora w drugiej połowie XX wieku. To twórczość o podobnej randze. Więc trzeba zająć się nią w adekwatny sposób. Chciałbym, żeby w Nowym powstał osobny dział archiwizujący i porządkujący twórczość Warlikowskiego i Małgorzaty Szczęśniak. I jeszcze Pawła Mykietyna. Żeby to było miejsce, gdzie można znaleźć wszystkie niezbędne materiały i gdzie powstają pomysły, jak inspirować dalsze badania. Te działanie już się zresztą rozpoczęły.

TP: Będziemy mieć Warlikotekę?

MM: Coś w tym rodzaju. Wciąż nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak rozległa jest to twórczość. Zwłaszcza operowa. Duży zbiór nagrań, rejestracji, dokumentów jest już tutaj, u nas, ale spora część archiwum wciąż pozostaje rozproszona po świecie. Tylko jeden przykład: kiedyś w Berlinie sam Warlikowski musiał w Dybuku zastąpić na scenie Stanisławę Celińską, która trafiła do szpitala. Odczytał jej rolę, zresztą świetnie, bo jest świetnym aktorem, o czym niewielu wie. Istnieje nagranie z tego spektaklu i warto, żeby trafiło do nas i żeby każdy zainteresowany mógł je zobaczyć.

TP: Pierwszym punktem na Pana liście spraw do załatwienia w Nowym było zatem umuzealnienie Warlikowskiego. Co dalej?

MM: Umiędzynarodowienie programu – idące dalej niż do tej pory.

Zanim pojawiłem się w teatrze, już prowadzono rozmowy z Julienem Gosselinem, dyrektorem paryskiego Odeonu. Mam zamiar je kontynuować, niebawem się spotkamy. Oczywiście w Nowym nadal będzie pracował Markus Öhrn, już ustaliliśmy tytuł jego kolejnego przedstawienia, choć jeszcze go nie zdradzamy. Zaproponowałem, żeby do rozmów zaprosić także Jana Lauwersa z Needcompany i bardzo zdolną młodą reżyserkę flamandzką Lisaboę Houbrechts.

Przy czym nie chodzi tylko o to, by zebrać w Nowym międzynarodowe grono gwiazd reżyserii. W centrum tego teatru jest zespół aktorski, który bardzo chce pracować z wymagającymi, kompetentnymi reżyserami. Można powiedzieć, że oni są rozpieszczeni pracą z Warlikowskim, proponowanym przez Krzyśka modelem namysłu nad tekstem, koncepcją spektaklu. I są bardzo wyczuleni, gdy ktoś chce im coś narzucać lub traktować instrumentalnie. To trzeba wziąć pod uwagę i znaleźć artystów, którzy odnajdą się w takim otoczeniu.

Nowy Teatr w Warszawie / fot. Bartek Warzecha / z archiwum teatru

TP: Sam Warlikowski będzie reżyserował w najbliższym czasie?

MM: Na początek przyszłego roku planujemy premierę spektaklu na podstawie tekstu Wajdiego Mouawada Europa’s Pledge. Prapremiera w reżyserii autora odbyła się niedawno na festiwalu w Epidauros.

TP: Ważnym elementem budowania międzynarodowej pozycji Nowego był dotychczas festiwal Nowa Europa. Co z nim?

MM: Będzie się odbywał, ale w nieco zmienionej postaci. Chciałbym, by bardziej przypominał tradycyjny festiwal. By poszczególne pokazy odbywały się na przestrzeni miesiąca, a nie półrocza. Może dzięki temu wydarzenie będzie miało nieco wyższą temperaturę, nie będzie wytracało energii między poszczególnymi pokazami. Od przyszłego roku zmienimy też program. Krótko mówiąc: nieco mniej choreografii i rzeczy performatywnych, a więcej nowej opery. Będziemy to robić naprzemiennie: w jednym roku propozycje zbliżonego do dotychczasowych, w kolejnym – bardziej muzyczne. A zatem tegoroczna jesień jeszcze bez zmian, ale przyszła – już inna. Na pewno chciałbym zaprosić coś wyprodukowanego przez kolektyw Operomanija z Litwy. Ostatnio w Polsce mogliśmy widzieć ich dwie propozycje: na Malcie słynne, nagrodzone w Wenecji Sun and Sea, w Nowym podczas festiwalu Eufonie Have A Good Day! To rzeczy tworzone z myślą o zminimalizowaniu skali opery. Założeniem grupy jest, że scenografia i technika każdego z przedstawień musi zmieścić się w jednej ciężarówce.

TP: Co z showcase’em „Generation After”, na którym zagraniczni goście mogli oglądać głównie najciekawsze dokonania warszawskiej sceny performatywnej?

MM: Tu również spróbujemy nieco zbalansować program. Słyszymy od naszych gości, że chcieliby oglądać nieco więcej spektakli dramatycznych…

TP: To układa się w dość klarowny obraz: mniej choreografii, mniej rzeczy performatywnych, w to miejsce opera, gwiazdy reżyserskie z zagranicy, osobny dział archiwizujący twórczość lidera.

MM: Nowy to instytucja skupiona wokół Krzysztofa Warlikowskiego i zespołu.To oczywistość. Nasz program jest rozległy, ma różne nurty, np. swoją część edukacyjną, to jest bardzo wartościowe i to nadal będzie funkcjonować. Natomiast najważniejsza jest zasada, że pracujemy w teatrze, aby tworzyć spektakle. To jest cel. Mają powstawać nowe przedstawienia z najlepszym wykorzystaniem artystycznego potencjału, który tutaj jest, w dialogu z najlepszym potencjałem artystycznym, jaki możemy sprowadzić. Po to tu jesteśmy.

Najważniejsza jest zasada, że pracujemy w teatrze, aby tworzyć spektakle. To jest cel.

TP: Z ostatnich propozycji Nowego najlepiej oceniano te, które powstały na marginesie głównego nurtu: taneczne Threesome/Trzy Wojtka Grudzińskiego i Człowiek jaki jest, każdy widzi, spektakl dla dzieci w reżyserii Katarzyny Minkowskiej. Oba przedstawienia znalazły się w pierwszej piątce naszego redakcyjnego podsumowania sezonu. Czy podobne produkcje będą mogły nadal powstawać w Nowym?

MM: Kolejna premiera Grudzińskiego, TEACH ME NOT!, otworzyła już bieżący sezon. Z Katarzyną Minkowską rozmawiamy, ale na razie bez konkretów.

TP: Moje pytanie było szersze: czy Nowy będzie skłonny ryzykować duże środki, by wspierać najciekawsze propozycje spoza głównego nurtu? Florentina Holzinger jest dziś wielką europejską gwiazdą, bo ktoś w Berlinie w pewnym momencie jej zaufał i zainwestował w jej produkcje znaczne pieniądze. Podobna jest historia Łukasza Twarkowskiego, w którego uwierzono w Wilnie. Czy jest szansa, że Grudziński trafi na dużą scenę Nowego z milionowym budżetem?

MM: No, milion to naprawdę dużo w polskim teatrze.

Młodych w Nowym było i jest sporo. Pracowali tutaj i będą pracować. Ale to nie jest takie miejsce, jak poznański Teatr Polski Maćka Nowaka, który co chwila znajduje jakąś perłę. Ani Krzysztof Warlikowski, ani ja nie mamy takiego nosa, jak Nowak. Poza tym nie o to chodzi. Nie każdy może robić wszystko.

Niebawem kolejne przedstawienie zrobi u nas Kasia Kalwat. To będzie adaptacja powieści Pulverkopf Edwarda Pasewicza, moim zdaniem wybitnej. Oczywiście Kasia to reżyserka już dostrzeżona, nagradzana. Ale ten nowy spektakl będzie miał dużą skalę, myślę, że zapewni jej widzialność, jakiej jeszcze nie miała. To przykład, że nie będziemy się bać podobnych inwestycji.

TP: Rozumiem jednak, że nadal największe środki będą angażowane w spektakle Krzysztofa Warlikowskiego. Przez chwilę mówiło się, że w tym sezonie Warlikowski przygotuje niewielką formę na podstawie Doktora Faustusa Manna, monodram w wykonaniu Andrzeja Chyry z muzyką Pawła Mykietyna. Ostatecznie stanęło jednak na dużym spektaklu na podstawie Mouawada.

To nie jest takie miejsce, jak poznański Teatr Polski Maćka Nowaka, który co chwila znajduje jakąś perłę. Ani Krzysztof Warlikowski, ani ja nie mamy takiego nosa, jak Nowak.

MM: W przypadku Doktora Faustusa jeszcze nie znaleźliśmy klucza do wspaniałego tekstu Manna, a nie chodzi nam o adaptację 700-stronicowej powieści. Wrócimy do tego projektu…

Spektakle Warlikowskiego oczywiście kosztują dużo, ale też dużo zarabiają, nietrudno znaleźć partnerów zagranicznych zainteresowanych współprodukcją. Byśmy mogli więcej i drożej produkować, musimy poszukać dodatkowych pieniędzy. To moja idée fixe: doprowadzić do unormowania kwestii sponsoringu kultury w Polsce. Wciąż czekamy na odpowiednią ustawę. Chcę zainicjować działania lobbingowe w tym zakresie. Za kilka miesięcy zorganizujemy w Nowym kongres biznesu zainteresowanego wspieraniem kultury.

TP: We foyer Nowego stanie bmw, jak niedawno w MSN?

MM: Tu nie chodzi o bmw. Bmw wjeżdża i wyjeżdża. Chodzi o stworzenie sytuacji, w której możliwa jest długofalowa współpraca między instytucjami kultury a biznesem. Naszym partnerem podczas kongresu będzie konfederacja Pracodawcy RP.

TP: Nie boi się Pan, że spora część publiczności Nowego może na to zareagować alergicznie? Młode pokolenie nie myśli o dużym biznesie przychylnie.

MM: Ale tu nie chodzi o prosty sponsoring. Na pewno Nowy nie będzie miał sponsora tytularnego. W instytucjach publicznych to niemożliwe. Gdy byłem dyrektorem TR-u, udało mi się doprowadzić do podpisania umowy z Wartą. I co? Czy to było jakoś szczególnie widoczne? Niszczyło wizerunek teatru? Moim zdaniem nie.

TP: Wspomniany przez Pana Pulverkopf Edwarda Pasewicza przywołuje postać zapomnianego kompozytora z początku XX wieku Norberta von Hannenheima…

MM: Tak, będziemy chcieli zorganizować koncert jego utworów. I może także koncert kompozycji samego Pasewicza, bo przecież on też komponuje.

TP: Wcześniej mówiliśmy o operze. Nowy stanie się teatrem muzycznym?

MM: Chyba zawsze trochę nim był, choćby przez obecność Pawła Mykietyna. Koncert piosenek z (A)pollonii w wykonaniu Renate Jett był kiedyś znaczącym wydarzeniem, trochę muzycznym, trochę teatralnym, bardzo popularnym. Chciałbym wrócić do podobnych pomysłów. Jeszcze w tym roku pokażemy nowy projekt Mykietyna pod tytułem Piosenki. No i założę w Nowym chór…

TP: Już działa u was młodzieżowa orkiestra…

MM: …i świetnie sobie radzi. Ale chór to będzie trochę inne działanie. Każdy pracownik będzie mógł się zapisać, także z działów technicznych. Za chwilę ogłosimy otwarte przesłuchania dla chętnych z zewnątrz.

TP: A gwiazdy aktorskie Nowego?

MM: Trzy zapowiedziały już, że chcą.

TP: A Pan?

MM: Ja też. Kiedyś śpiewałem w chórze akademickim, zawsze chciałem do tego wrócić. Chór to jest i rodzaj ekspresji artystycznej, i trening wspólnoty, i ćwiczenie pewnej dyscypliny. Wie Pan, co jest najważniejsze w chórze? Dyscyplina. Co tydzień próba.

TP: Jaki repertuar?

MM: Chórmistrzyni zdecyduje. Będziemy mieć wybitną chórmistrzynię – Joannę Malugę.

TP: Powiedział Pan, że serce Nowego to Warlikowski i zespół. To ładnie brzmi. Ale czy rzeczywiście w Nowym jest zwarty, jednorodny zespół aktorski? Obserwując rzecz z zewnątrz, można mieć wrażenie, że ci nieco starsi, jak Maja Ostaszewska, Magdalena Cielecka, Jacek Poniedziałek czy Andrzej Chyra, wciąż znaczą tu więcej niż ci nieco młodsi, jak Ewelina Pankowska, Piotr Polak czy Bartosz Bielenia.

MM: Pewnie są jakieś rzeczy do naprawy w komunikacji wewnętrznej. Zanim się do tego zabiorę, chciałbym dokładnie poznać sytuację. Na początek przyszłego roku planujemy cykl warsztatów dla pracowników. To będzie rodzaj audytu, taka kozetka. Chciałbym, żeby każdy pracownik miał szansę wypowiedzenia się, co jego zdaniem w tym teatrze funkcjonuje dobrze, a co trochę gorzej. Jeżeli z tego wyniknie wniosek, że powinniśmy coś zmienić w strukturze teatru, to ja taką rekomendację miastu, czyli naszemu organizatorowi, przedstawię.

TP: Bartosz Bielenia w wywiadzie, którego nam niedawno udzielił, z pewnym zakłopotaniem zauważył, że wciąż jest najmłodszym członkiem zespołu aktorskiego. I dodał, że liczył na nieco więcej nowego teatru w Nowym Teatrze.

MM: Właśnie przyjąłem na etat Maję Komorowską! Najmłodszą duchem i nie tylko polską aktorkę! Oczywiście szukamy też trochę młodszej młodzieży.

Właśnie przyjąłem na etat Maję Komorowską! Najmłodszą duchem i nie tylko polską aktorkę! Oczywiście szukamy też trochę młodszej młodzieży.

TP: Czytał Pan książkę Igi Dzieciuchowicz?

MM: Tak, czytałem.

TP: Tam jest spory fragment na temat Nowego Teatru.

MM: No tak.

TP: I jakie wnioski?

MM: Takie, że trzeba dbać o to, by wszyscy, którzy pracują u nas w teatrze, dobrze się czuli i odnosili się do siebie z szacunkiem. Temu w jakimś stopniu mają służyć warsztaty, o których mówiłem przed chwilą.

TP: Tyle wystarczy?

MM: Uważam, że otwarta rozmowa jest kluczowa.

TP: Rozmowa pomoże na systemowe kłopoty z przemocą w teatrze?

MM: Rozumiem postawę mojej nowej koleżanki dyrektorki Mai Kleczewskiej, która mówi, że trochę przeskalowujemy ten problem. Choć ja takiego określenia nie używam. Raczej staram się myśleć o tym, co można zrobić w konkretnych sytuacjach. Wierzę, że w rozmowie zawsze możemy osiągnąć kompromis, wyjście nawet z najtrudniejszej sytuacji.

TP: Bliskim współpracownikiem Mai Kleczewskiej wciąż jest Krzysztof Garbaczewski, który kiedyś wywołał burdę w barze Nowego Teatru. Mimo to później wyreżyserował u was spektakl. Gdyby do czegoś podobnego doszło dziś, jakie decyzje by Pan podjął?

MM: No, są przepisy… Mamy w teatrze regulamin zachowań, regulamin antymobbingowy.

TP: Czy Garbaczewski powinien u was reżyserować po takim zdarzeniu?

MM: Trudno mi powiedzieć. Krzysztof Garbaczewski jest bardzo dobrym reżyserem. Robił tu różne rzeczy, pracował w różnych teatrach. Nie ja jestem od rozstrzygania, czy ma u nas reżyserować…

TP: No chyba jednak trochę Pan…

MM: Oczywiście, że decyduję o tym, kto i co reżyseruje w NT, ale jest to wynik rozmów i dyskusji z Krzysztofem Warlikowskim, a nie arbitralna decyzja dyrektora. Na razie nie prowadzimy żadnych rozmów z Krzysztofem Garbaczewskim.

TP: Planuje Pan wprowadzenie dodatkowych zapisów w umowach z aktorami, którzy w przeszłości sprawiali kłopoty?

MM: Czego miałyby dotyczyć?

TP: Choćby odpowiedzialności finansowej za straty poniesione przez instytucję. Np. w sytuacji, kiedy agresja jednego z aktorów podczas prób wywołuje atak paniki u scenicznej partnerki, co powoduje konieczność nagłego zastępstwa. Produkcje filmowe i serialowe już wprowadziły podobne zabezpieczenia, co działa ponoć niezwykle dyscyplinująco.

MM: Nie wydaje mi się, by to był dobry kierunek. Absolutnie czegoś takiego nie będę robił. Gdyby doszło do konfliktu, to będziemy się zastanawiać. Mamy regulaminy, całe oprzyrządowanie w teatrze już jest. Nie znam jeszcze tych regulaminów na pamięć, ale czytam je. I myślę, że teatr jest dobrze zabezpieczony.

Dotychczasowa dyrekcja Nowego: Krzysztof Warlikowski, Karolina Ochab, Piotr Gruszczyński / fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl

TP: Jednym z pierwszych dużych wydarzeń w programie Nowego za Pana dyrekcji będą pokazy NarcoSexuals, bardzo kontrowersyjnego projektu Driesa Verhoevena. Spodziewa się Pan skandalu?

MM: Niczego nie można wykluczyć, ale Verhoeven był już w Polsce kilkukrotnie z innymi projektami, sam zapraszałem go na Maltę, jego prace zawsze przyjmowane były ze zrozumieniem.

TP: NarcoSexuals to rzecz o chemseksie grana w przestrzeni publicznej. Do tego stopnia prowokacyjna, że prezydent Trzaskowski podjął decyzję, że Warszawa nie będzie finansować pokazów w Nowym, mimo wcześniejszych deklaracji.

MM: Mówiąc dokładniej, miasto najpierw przyznało dotację celową na cały tegoroczny festiwal Nowa Europa, łącznie z NarcoSexuals. Następnie prezydent Trzaskowski zmienił tę decyzję i postanowił, że pokaz NarcoSexuals nie będzie finansowany. Nie było mnie wtedy jeszcze w teatrze, ale byłem informowany o sprawie. Wspólnie z Karoliną Ochab napisaliśmy do prezydenta list. Stanęło na tym, że wizyta NarcoSexuals zostanie sfinansowana z tzw. środków własnych teatru, czyli środków zarobionych przez instytucję m.in. na wynajmie przestrzeni. Dyrekcja może podjąć decyzję o przeznaczeniu środków własnych na dowolną działalność, o ile mieści się ona w celach statutowych.

TP: Czy decyzję prezydenta Trzaskowskiego nazwałby Pan próbą cenzury?

MM: Nie miałem okazji, by osobiście porozmawiać z prezydentem o tej sprawie. Nie znam jego motywacji. Z mojej perspektywy najważniejsze jest to, że udało się znaleźć sposób, by nie rezygnować z pokazów spektaklu, zachować spójność programu festiwalu.

TP: Ma Pan własne doświadczenia z odwoływaniem kontrowersyjnych spektakli. W 2014 roku odwołał Pan pokazy Golgoty Picnic Rodrigo Garcíi na festiwalu Malta z obawy przed protestami katolickich integrystów.

MM: To była inna sytuacja. Pojawiały się informacje, że demonstracja przeciw Golgocie może liczyć 30 tys. osób. Policja poinformowała mnie, że nie daje gwarancji skutecznego zabezpieczenia pokazów. Sprawa była tym bardziej skomplikowana, że spektakl miał być grany w poznańskim Centrum Kultury Zamek, którego nie mogliśmy w całości wygrodzić. W przypadku NarcoSexuals jest inaczej. Przedstawienie gramy na własnym dziedzińcu, pokazy możemy odpowiednio zabezpieczyć.

TP: Był Pan kandydatem na ministra kultury w rządzie Donalda Tuska…

MM: Kandydatem obywatelskim (śmiech). Grupa istotnych osób ze środowiska uznała, że sprawdziłbym się na ministerialnym stanowisku. Powstał list poparcia, bardzo dla mnie miły.

TP: Był Pan bliski wejścia w rolę polityka. Zapytam więc jak polityka: do czego kultura może posłużyć liberalnej stronie w sytuacji wzbierania populistycznej prawicowej fali? Wycofywanie się z finansowania kontrowersyjnych projektów wydaje się Panu celną reakcją w aktualnym kontekście?

MM: Odpowiem słowami Anne Applebaum z jej wystąpienia na otwarciu Salzburger Festspiele: „Festiwale artystyczne, teatry, opery nie rozkwitają dlatego, że ktoś, kto ma władzę polityczną, nakazuje im rozkwitać. Rozkwitają, ponieważ grupa ludzi została zainspirowana ideałem doskonałości, oświecenia, piękna i harmonii i postanowiła pracować razem, aby ten ideał zrealizować”.

Tomasz Plata

Doktor habilitowany, profesor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Kurator, autor książek, m.in. Pośmiertne życie romantyzmu (2017), Czułość nas rozszarpie (2024). Jako redaktor pracował m.in. w „Machinie”, „City Magazine”, „Filmie”, „Newsweeku”, „Art & Business”. Od stycznia 2025 roku redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”.