Połącz kropki
Krzysztof Garbaczewski wraca w niewielkim teatrze, ale w wielkim stylu. Podróże Guliwera wydają się stworzone po to, by wystawił je akurat ten reżyser. Powstało nieoczywiste, mądre i szaleńczo atrakcyjne przedstawienie.
Latająca wyspa. Jeśli widzieliście Życie seksualne dzikich Krzysztofa Garbaczewskiego z Nowego Teatru z 2011 roku, pamiętacie ten podstawowy element scenografii Aleksandry Wasilkowskiej – czarną, unoszącą się nad głowami widzów konstrukcję, przemierzającą przestrzeń. Piętnaście lat później rewelacyjnie zagrane, króciutkie Podróże Guliwera przypomniały mi tamten spektakl.
Latająca wyspa – Laputa, trochę niczym stacja kosmiczna, pojawia się przecież także w powieści Jonathana Swifta z 1726 roku. Garbaczewski wraca więc do futurystycznej wizji dryfującej w przestrzeni, tajemniczej społeczności naukowców, którzy debatują, jak rozwiązywać problemy ludzkości. Reżyser zawsze lubił utopie i dystopie – najmocniej w te tony uderzył chyba w stworzonej specjalnie na Praskie Quadriennale (w duecie z Wasilkowską) VR-owej wizji miasta przyszłości, tyleż utopijnej, co nieco mrocznej.
Chce się zawołać: „Połącz kropki!”. Jakby cała twórczość Garbaczewskiego (i Wasilkowskiej) zmierzała właśnie do tego punktu, by wystawić osiemnastowieczny tekst uważany powszechnie za baśń. Nie tylko ze względu na wyspę (była przecież i wyspa Prospera z Burzy w Teatrze Polskim we Wrocławiu z 2015). Ci, którzy widzieli krakowskiego Hamleta (Narodowy Stary Teatr, 2015) czy tamtejszy Kosmos (2017), pamiętają pewnie obsesyjnie powracający motyw surrealnie wielkich oczu czy uszu – osobliwe elementy scenografii otaczające pole gry.
Teraz oczy i uszy też wracają, tym razem – umotywowane akcją. W pierwszej połowie XX wieku badania antropologiczne prowadzone w społecznościach, które nie znały jeszcze kina i jego zasad montażu, dowodziły, że osoby z tych społeczności postrzegały zbliżenia na części ciała jako wizerunki osobnych istot. Właśnie to, koszmar fragmentaryzacji, pokazuje nam Garbaczewski w swoich Podróżach Guliwera. Obok gigantycznych much czy lalki-olbrzyma stającej na skraju sceny nad tłumem krzyczących z ekscytacji dziecięcych widzów to właśnie monstrualnych rozmiarów usta, oczy, nosy czy pojedyncze palce z potężnymi paznokciami reprezentują w tym teatrze gigantów z Brobdingnag.
Ale od początku. Powieść Swifta Garbaczewski z dramaturżką Rebeccą Pierrot adaptują, kadrując to szeroko, to bardzo wąsko. Decydują się raczej na tworzenie sugestywnych obrazów niż opowiadanie fabuły krok po kroku. Powstaje nieoczywiste, mądre i szaleńczo atrakcyjne przedstawienie.
Garbaczewski sprawnie łączy różne plany: elementy rzeczywistości wirtualnej, nakładanej na projekcje na żywo z aktorami i sam „żywy plan” na scenie, z jak najbardziej analogowymi, zaprojektowanymi przez Wasilkowską lalkami. Guliwer – rozdzielony tu w różnych scenach między aktorów i aktorki – leży więc na przykład na wyspie liliputów, które otaczają go zarówno jako animowane przez aktorów lalki z przodu sceny, jak i jako wygenerowane komputerowo ludziki na przeźroczystym ekranie.
Rodzicom małych widzów lalki z krainy Brobdingnag przypominać mogą postaci z Pana Kleksa w Kosmosie – Wasilkowska była parę lat starsza niż ja, gdy ten film trafił na ekrany kin i telewizorów schyłkowego PRL-u. Lalki Wasilkowskiej są rozkosznie groteskowe. To nie tylko wielkie muchy, ale też gryzonie wymieniające się głowami czy inne figury żarłocznych potworów, tyleż monstrualne, co pocieszne; czasem przypominające klasykę animacji, czasem gładkie, komputerowo wygenerowane kształty.
Z drugiej strony, podkreślmy: Garbaczewski z Pierrot nie opowiadają na scenie tylko tego, co z Podróży Guliwera przywykło się najczęściej pokazywać w teatrze dla dzieci – czyli historyjki o takim panu, który najpierw był bardzo duży, bo ludzie dookoła byli mali, a potem był bardzo mały, bo ludzie dookoła byli ogromni. Spektakl w Teatrze Lalek Guliwer sięga do źródłowego charakteru książki Swifta, czyli do formuły oświeceniowej, dydaktycznej satyry z politycznym przesłaniem, odnoszącym się dość bezpośrednio do rzeczywistości dookoła. Chętnie wyciąga na pierwszy plan detale, chętnie stawia pytania bardzo aktualne. Dlaczego tęsknimy za przekroczeniem tego, co nas otacza? Co to znaczy „norma”, „normalny”? Jak działa polaryzacja? – tak, to też.
Pada więc w trakcie podróży Guliwera pytanie, co robić, „jeżeli partie polityczne w jakimś kraju są zanadto zacięte”? Odpowiedź: wziąć ich przywódców „i polecić biegłemu operatorowi, ażeby w jednym czasie przerżnął im czaszki tak, aby mózg został podzielony na dwie równe części, po czym zmienią się połowy mózgów, tak ażeby każdy dostał połowę mózgu przeciwnika, i na odwrót”. Garbaczewski zmienia obecne w starym polskim przekładzie słowo „naczelnik” na swojsko dziś brzmiące określenie „prezes”, ale poza tym… Jeśli myślicie, że ten pomysł fizjologicznego rozwiązywania konfliktów politycznych wzięty jest z kreskówek w rodzaju Rick and Morty, to mylicie się – ta drastyczna wizja politycznej chirurgii jeden do jednego zacytowana jest z osiemnastowiecznej książki. Garbaczewski z Pierrot potrafią, stosunkowo niewiele zmieniając w literackim oryginalne, wystawić Swifta tak, by brzmiał bardzo współcześnie.

I tak, na przykład, Podróże Guliwera to rzadki przykład teatru, który podejmuje grę z naszym stosunkiem do sztucznej inteligencji, ani nie idąc w naiwność, ani nie stając się być „traktatem” – tyleż przemądrzałym, co dyletanckim, jak głośne europejskie teatralne superprodukcje na ten temat. Garbaczewski ma więcej luzu. Nie udaje erudyty, potrafi znaleźć w stosunku człowieka do technologii ten magiczny, baśniowy moment, który sprawia, że temat AI tak doskonale „się klika” – i pójść konsekwentnie w tę stronę.
Postęp techniczny i stosunek do AI staje się tu jedną z linii politycznego podziału. Reżyser przekłada partie zażarcie walczące w kraju Liliputów na „anarchoprymitywistów” i „transhumanistów”. Nie trzeba rozumieć tych słów, by zrozumieć, co dzieje się na scenie. Zwłaszcza że Garbaczewski z Pierrot nakładają ten odsyłający do dzisiejszych sporów podział na fantastyczny konflikt „tramecksan” i „slamecksan”, partii „wysokich obcasów” i „niskich obcasów”, którzy co prawda odpowiadali u Swifta konfliktowi brytyjskich osiemnastowiecznych torysów i wigów, ale przecież dla polskiego czytelnika tej książki jest to dziś zupełnie nieczytelne i absurdalne.
Wreszcie tematami wyciągniętymi z powieści Swifta stają się melancholia przemijania, śmierć, wyobcowanie towarzyszące starości – rzeczy w dzisiejszym społeczeństwie coraz bardziej dojmujące i boleśnie aktualne.
A jak to jest grane? W Podróżach Guliwera aktorzy Teatru Lalek Guliwer w stylistyce teatru Garbaczewskiego odnajdują się znakomicie. Potrafią nie tylko zbudować szybkie emocjonalne porozumienie z widownią, ale i zagrać intelektualnym dystansem.
Już przy poprzednim projekcie Garbaczewskiego, opartym na również brytyjskiej, ale dziewiętnastowiecznej powiastce Flatlandia, czyli kraina płaszczaków, spektaklu w Teatrze im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu (premiera 20 czerwca 2025), miałem wrażenie, że stopień abstrakcyjnego myślenia, wolności wyobraźni, a zarazem komunikacyjnej prostoty w tej poetyce pasuje do teatru dla dzieci.
Rozłożony na dwa akty powrót Krzysztofa Garbaczewskiego do teatru jest bardzo udany. Garbaczewski proponuje poważne podejście do teatru dla dzieci, gdy „dorosły” teatr bywa irytująco infantylny i banalny. Tak oto artysta, który ponad piętnaście lat temu stworzył jeden z najbardziej wyrazistych i oryginalnych teatralnych języków spośród reżyserów i reżyserek z roczników osiemdziesiątych, a w ostatnich latach zniknął ze sceny, wraca w niewielkim teatrze, ale w wielkim stylu.