Repete-petete-plusk
Rejsu. Historii nie powstydziłyby się najbardziej szacowne instytucje, ceniące tradycję i święty spokój. Czterdzieści, a może i trzydzieści lat temu takie przedstawienie mogłoby nawet stać się hitem.
Radosława Stępnia nie kuszą atrakcje, błyskotki ani materiały wybuchowe. To reżyser, który nie próbuje wysadzać w powietrze tradycji polskiego teatru i nie maluje dawnych pomników kolorami tęczy. Nie jest ojcobójcą ani rewolucjonistą, raczej rzetelnym egzegetą tekstów literackich. Choć kilka z inscenizowanych przez niego w ostatnich latach dramatów miało w swoim czasie potencjał wywrotowy, dzisiaj są one w pełni oswojone – ich ładunek zwietrzał. Wierność literze Goethego, ale także Witkacego czy Brechta nie wydaje się współcześnie – poza przypadkami jednostkowych olśnień – impulsem mogącym diametralnie zmienić czyjąś wizję świata. Taką zdolność ma może jeszcze twórczość Wernera Schwaba, ale i jej skuteczność mogłaby być większa, gdyby spektakle na jej podstawie nie ograniczały się do sprawnej inscenizacji, na której poprzestał Stępień, realizując Prezydentki w Teatrze Ludowym (2022). Wybierając się na przedstawienia tego reżysera, lepiej nie spodziewać się nowej awangardy, queerowania tradycji i poprzecznej lektury tekstów. Bez takich oczekiwań łatwiej docenimy fakt, że Stępień – co wcale nie jest oczywiste wśród młodych i najmłodszych twórców teatralnych – nie tylko potrafi czytać, ale robi to ze zrozumieniem.
Widzowie ceniący aktorską interpretację tekstu mają szansę wyjść z jego spektakli w pełni usatysfakcjonowani. Ci, którym spodobała się zrealizowana przez tego reżysera Matka Witkacego, zapewne pozytywnie odbiorą także kolejną jego premierę przygotowaną w Teatrze Nowym w Poznaniu. Stępień potwierdził nią, że jest twórcą nad wiek dojrzałym (co nie musi być komplementem), a jego przedstawienia odpowiadają „wyrobionej” publiczności teatru kulturalnego miasta. Rejsu. Historii nie powstydziłyby się zapewne najbardziej szacowne instytucje, ceniące tradycję i święty spokój. Czterdzieści, a może i trzydzieści lat temu takie przedstawienie mogłoby nawet stać się hitem. Dziś to powierzchowne streszczenie twórczości Witolda Gombrowicza, korzystające z klasycznych konwencji teatru dramatycznego, przypomina dwupoziomowy bryk.
Zrealizowany na podstawie kilku skompilowanych i zaadaptowanych przez reżysera tekstów Gombrowicza spektakl to opowieść o rejsie, który w sierpniu 1939 roku doprowadził późniejszego autora Trans-Atlantyku do Argentyny. Teatralny antrakt łączy tamtą podróż z drogą powrotną pisarza do Europy, którą odbył 24 lata później. Nieeksponowanym, ale sugerowanym przez reżysera pretekstem do podjęcia tego tematu wydaje się zbieżność „trudnych czasów”: zagrożenie, które wisiało nad Polską oraz jej mieszkańcami i mieszkankami w przededniu II wojny światowej, domyślnie zestawione zostało z sytuacją, w której znajdujemy się dzisiaj. Chociaż krytyczne nastawienie do dętego „patriotyzmu” nie wyklucza odpowiedzialności, Stępień nie inicjuje rozważań dotyczących możliwych reakcji na potencjalne niebezpieczeństwo. Nie podważa decyzji swojego protagonisty o emigracji i poprzestaje na konfrontowaniu go przede wszystkim z problemami tożsamościowymi.
Tekstowy kolaż otwierają trawestacje fragmentów Ferdydurke – czytanej zgodnie ze szkolną wykładnią, choć wzbogaconą refleksjami jej autora o Polsce, czerpanymi m.in. z Trans-Atlantyku i Testamentu (rozmów przeprowadzonych przez Dominiqueʼa de Roux). Głosy ciotek sugerujące konieczność samookreślenia pojawiają się w kontekście odmowy wstąpienia do wojska albo Związku Bojowników Miecza. Snuta na granicy pomiędzy nocą a dniem autorefleksja na temat nieukształtowania prowadzi bohatera do rodzinnego domu, zbudowanego na snobizmie i klasowych różnicach. Dalsza droga na statek wiedzie przez kolejne epizody biografii: zbratanie z parobkiem „na bosaka”, egzamin dojrzałości i kawiarnię „Ziemiańską”. W załodze i pasażerach dziewiczego rejsu MS „Chrobry” odbija się Polska, która w oczach bystrego „gówniarza”, dzięki jego niedojrzałości, której nie sposób pomylić z odwagą, nabiera cech karykaturalnych. Nic się nie zmienia: „Poniedziałek – ja. Wtorek – ja. Środa – ja”.
Umiejętność czytania pozwala Stępniowi dość sprawnie łączyć i trawestować fragmenty kilku utworów Gombrowicza. Obok wspominanych Ferdydurke i Trans-Atlantyku sporo miejsca w scenariuszu zajmuje wczesne, jakby prorocze w kontekście biografii pisarza, opowiadanie Zdarzenia na brygu Banbury. W dialogach i monologach pobrzmiewają także fragmenty Dziennika, a czasem nawet dalekie echa i rytmy Ślubu czy – nieukończonej – Historii. Tekst brzmi całkiem dobrze, choć czasem coś w nim zgrzyta, co skłania do stawiania pytań o sens adaptacyjnych ingerencji.
W centrum, co oczywiste w kontekście wykorzystanej twórczości, znajduje się alter ego autora. W pierwszej części postać tę gra Jan Romanowski, po raz kolejny wyróżniający się pośród licznego, regularnie odmładzanego przez dyrektora Piotra Kruszczyńskiego zespołu Teatru Nowego. Partnerujący mu (obsadzeni w kilku rolach) Sylwester Piechura i Bartosz Włodarczyk wpadają w manierę szykownego luzu, charakterystycznego dla postaci Cyryla i Cypriana z Iwony, księżniczki Burgunda. Waldemar Szczepaniak jako Ojciec, ale też Śmigły-Rydz i Piłsudski, potwierdza „rozdziamdzianie” arystokracji i fałsz władzy, gotowej każdemu przyprawić „gębę”. Więcej interpretacyjnej świeżości wnosi Antonina Choroszy w rolach Matki i Milionerki, która klasę (w obu znaczeniach tego słowa) ma we krwi. Największym zaskoczeniem jest postać profesora Pimki, którego gra Dorota Abbe. W jej wersji „kulturalny filolog z Krakowa” nie tyle infantylizuje, ile kusi bohatera. W sposób typowy dla mieszczańskich scen sprzed trzydziestu laty błyska nóżką w pończoszce, a w pewnym momencie nawet zrzuca purpurową togę, podejmując próbę najdosłowniejszego „upupienia” go.

Po antrakcie i skoku do 1963 roku postać Witolda przejmuje Mikołaj Grabowski. Jeśli ktoś miał wątpliwości, skąd brało się wrażenie déjà vu w pierwszym akcie, teraz będzie mógł lepiej je zrozumieć. Rejs Stępnia płynie szlakiem wytyczonym przez Grabowskiego, którego mistrzowski Trans-Atlantyk z łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza (1989), szczęśliwie zarejestrowany przez TVP, jest dzisiaj wzorcowym odniesieniem dla wielu inscenizacji i adaptacji Gombrowicza. Jak mogła wyglądać współpraca młodego reżysera z dojrzałym mentorem i profesorem z Krakowa? Czy ktoś komuś przyprawiał „gębę”? W spektaklu nie widać najmniejszych śladów jakichkolwiek tarć. Świetnie – zgoda buduje, a Grabowski przypomina o najwyższej jakości swojego warsztatu. Jednak czy budynek postawiony według sprawdzonych już wielokrotnie projektów może zachwycać, czy oferuje tylko stabilność i bezpieczeństwo?
Rejs. Historia to sprawnie zrealizowana powtórka z Gombrowicza i Grabowskiego, z niewielkimi wycieczkami do Jarzyny (Historia) i – zbyt małymi – ku Jarockiemu. Radosław Stępień, niby przypadkiem, ucieka tym spektaklem jak Gombrowicz w 1939 roku – nie tylko od wojny, ale też od pytań o własną formę, stwarzanie się i „ja”. Szkoda, że decyduje się płynąć w kierunku Operetki, do której nawiązuje w zakończeniu, sygnalizując bliskie zło, ale tłumiąc reakcję na nie lekką formą. Gdyby wybrał na przykład – majaczący na horyzoncie – Ślub, miałby szansę na większą oryginalność niż jedna, nieco szalona, choreograficzna sekwencja w rytmie wojennych bębnów (muzyka: Bartosz Dziadosz, ruch sceniczny: Kinga Bobkowska) i zawieszony nad sceną kadłub statku, w którego gruszce (to element kadłuba) mgliście odbija się wspomnienie przyrodzenia osła, wiszącego w tym samym miejscu podczas Snu nocy letniej Jana Klaty. Józio, jeśli nie chce być koniarzem ani kobieciarzem, może określić się tak, jak sam zechce. Ale kiedyś trzeba wreszcie nadać sobie własną formę.