Rymkiewicz nieporwany

Rymkiewicz nieporwany
Porwanie Europy, reż. Jarosław Gajewski / fot. Anna Pławecka / Teatr Klasyki Polskiej
Teatr Klasyki Polskiej wystawia Porwanie Europy Jarosława Marka Rymkiewicza. Dobrze, że wystawia, szkoda, że w taki sposób. Tekst z 1971 roku prapremierę miał dopiero czterdzieści sześć lat później w Teatrze Śląskim w Katowicach w reżyserii Piotra Cieplaka. Jarosław Gajewski jest drugim reżyserem, który uznał, że warto spróbować.

Przedstawienie Teatru Klasyki Polskiej miało premierę na scenie Stygmat, w podziemiach Kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie. I to jest pierwszy problem. Rymkiewicz napisał – swoim zwyczajem – rzecz szaloną, która aż się prosi o uruchomienie teatralnej maszynerii z prawdziwego zdarzenia. Takiej maszynerii w tym miejscu nie ma i nie będzie jej prawdopodobnie w miejscach, które Teatr Klasyki Polskiej odwiedzi ze swoim repertuarem, a jeździ dużo – zwłaszcza po prowincji. Mobilność jest kluczowa, rozumiem. Ale asceza też może być plastycznie ciekawa.

Ktoś powie: przecież Porwanie Europy to farsa w krzywym zwierciadle. Przemyślna zabawa z tym, co proste, głupie, przaśne i w złym guście. Pasują więc zarówno toporna scenografia (dominują stelaże, które robią za ściany obwieszone ślubnymi sukniami i bielizną), jak i kostiumy (peruki, sztuczne wąsy, gorsety, kalesony i tym podobne), za które odpowiada Aleksandra Reda. Podobnie pozbawione niuansów światło (Jędrzej Skajster), muzyka (Antoni Wojnar) i wreszcie aktorstwo. Szeroki gest, wyraźny grymas, szarża za szarżą.

Ale właśnie dlatego, że to farsa śmiejąca się z farsy, potrzeba tu prawdziwej aktorskiej wirtuozerii. Zwłaszcza że ostatecznie Porwanie Europy transformuje w egzystencjalną tragedię, a początkowa zabawa z mitem odsłania jego grozę. Przynajmniej w tekście. Seria z karabinu maszynowego, która wybrzmiewa w finale spektaklu, nie robi większego wrażenia. Choć poprzedzające ją minuty – uwolnione od tekstu, skoncentrowane na choreografii – są jak oddech świeżego powietrza.

Zaczyna się od felietonowej satyry. Piękna Europa (Małgorzata Mikołajaczak) zalega na sofie we dworze, którym władają Pompadurowie (Lidia Sadowa, Robert Latusek). Francuscy władcy próbują wydać ją za mąż za angielskiego księcia Kensingtona (Filip Orliński). Tymczasem Europa ani myśli żenić się z wypacykowanym i zniewieściałym adoratorem, wzdycha zaś do wschodniej dzikości oraz nieokrzesania, które reprezentuje mołdawski kniaź Spirydon (Maciej Wyczański) – i domaga się porwania. Po kilku obrotach („wiruj walcuj” – to zaklęcie porządkujące sceniczny świat) na scenie pojawiają się Kicio (Leszek Zduń) i Kiciowa (Marta Dylewska), którzy przejmują tę farsę, bo ich nudzi i życzą sobie farsy innej – o nich samych. Źle się to dla nich kończy. Ale najpierw wszyscy ze wszystkimi zamieniają się rolami. Najwięcej do wygrania ma Orliński, który najpierw przejmuje rolę Europy a potem Spirydona. Jednak najlepiej wypadł i najskuteczniej bawił publiczność Zduń – może dlatego, że jego Kicio we współczesnym (choć pstrokatym) paradował kostiumie i najbliższy był prawdziwych emocji. No i to on, jako jedyny, ma w tej historii coś do odkrycia, zrozumienia i stracenia.

A historia to przez wielkie H, no bo czego tu nie ma. Mity, Calderón de la Barca, Juliusz Słowacki, Aleksander Fredro, Witold Gombrowicz, Sławomir Mrożek, opowieść o końcu cywilizacji europejskiej, ale i o Polsce między Wschodem a Zachodem. Naprawdę można z Porwania Europy wyczytać wiele. Dlaczego zatem tak trudno je oglądać?

Porwanie Europy, reż. Jarosław Gajewski / fot. Anna Pławecka / Teatr Klasyki Polskiej

Jarosław Marek Rymkiewicz na teatr obraził się jeszcze przed napisaniem tej sztuki. Powody wyjaśnił w eseju Czym jest klasycyzm (w teatrze)? Nie podobała mu się degradacja roli dramatopisarza i coraz większa władza reżysera. Drażnił go teatr zajmujący się samym sobą zamiast życiem (i tkwiącymi w nim archetypami). Nie dziwi poeta stojący na straży literatury. Zwłaszcza poeta rozmiłowany w erudycji, która nie jest intelektualną grą, ale praktyką metafizyczną – rozmową z duchami. Rymkiewicz nie był jednak nudnym kustoszem polskiego dramatu. Tradycję podejmował i badał, podawał w wątpliwość, sprawdzał i nie tyle przekraczał, ile posuwał dalej (choć po kole). Bawił się konwencjami i wznosił metateatralne konstrukcje. Uruchamiał szereg toposów, w tym ten nadrzędny o świecie-teatrze albo ten drugi – o życiu snem, a wszystko po to, by narysować mapę pułapki, w której wszyscy funkcjonujemy i z której nie ma wyjścia. Nie jesteśmy bowiem protagonistami, ale marionetkami.

Dwie lalki służących (Amalię i Idalię) nosi i animuje od pierwszej sceny grająca Pompadurę Lidia Sadowa. W finale zaś pałubami okażą się wszyscy obecni na scenie (a w domyśle także autor sztuki). Teatr Rymkiewicza jest bezlitosny. Nic tu nie dzieje się naprawdę, a w związku z tym nic nie jest skończone. Nie można tu umrzeć, choć można umierać. Potem trzeba jednak wstać i znów tańczyć walca. I nawet jeśli jesteśmy jak Kicio, który wchodzi między peruki, pomady, cylindry, bzdury i fanaberie z impetem Edka z Tanga, czyli kogoś, kto zdaje się mieć dość siły, aby zmienić porządek rzeczy, to i tak zostaniemy najpierw uwiedzeni, a potem zmieleni przez odwieczne tryby. Prowadzeni przez Erosa i Tanatosa, będziemy się poniżać dla obietnicy spełnienia i ekscytować na myśl o strzelaniu z pistoletu lub podłożeniu bomby, która rozerwie nas na strzępy. Wciąż i wciąż, od antyku po dziś, podniecają nas biała nóżka i czarna krew. I nic się nie zmieni – mówi poeta. Nie da się wyjść z koła. Mnie ta diagnoza, obecna i w dramatach, i w esejach, i w wierszach Rymkiewicza, przejmuje dreszczem. Ale na scenie Teatru Klasyki Polskiej brzmiała jak mowa-trawa.  

Nudząc się na przedstawieniu Gajewskiego, fantazjowałem o tym, że za Porwanie Europy bierze się ktoś inny, niekoniecznie troszczący się o takie kategorie jak „klasycyzm”, „klasyka” czy „zaślubiny teatru z literaturą”, ale za to dysponujący śmielszą wyobraźnią i artystyczną odwagą. Tyle że taki artysta zrobiłby pewnie to, czego tak nie znosił Rymkiewicz. Zlekceważył poetę i opowiedział o sobie. A to w przypadku Porwania Europy nie miałoby sensu. No chyba że się mylę i są w polskim teatrze twórcy zdolni porwać Rymkiewicza i jednocześnie nie zgubić sensu jego twórczości?

Teatr Klasyki Polskiej, Porwanie Europy Jarosława Marka Rymkiewiczareżyseria Jarosław Gajewski, scenografia, kostiumy Aleksandra Reda, muzyka Antoni Wojnar, reżyseria światła Jędrzej Skajster, premiera 21 lutego 2026.

Dominik Gac

Krytyk teatralny i teatrolog. Redaktor „Teatru”, współpracownik portalu teatralny.pl, kwartalnika „nietak!t”, radiowej Dwójki i Instytutu Teatralnego. Przewodniczący Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współtwórca eksperymentalnych słuchowisk i projektów muzycznych.