Teatr Klasyki Polskiej. Od Stanowskiego do Staniewskiego
Założony przez Piotra Glińskiego z Jarosławem Gajewskim trzeci narodowy teatr gra dużo, jeździ w teren i deklaruje, że jest aktorskim laboratorium ratującym klasyczne rzemiosło. Ale w spektaklach Teatru Klasyki Polskiej trudno dostrzec warsztatową wybitność czy wyjątkowość.
„Współpracujemy z księdzem regularnie – zapowiadam zatem, że będziemy wracać” – mówi ze sceny koordynatorka. Sebastian Fabijański w kontuszu kłania się publiczności. Na scenie radośnie obejmują się Jarosław Gajewski i Henryk Gołębiewski – tego drugiego aktora niektórzy pamiętają jeszcze jako filmowego Ediego. Właśnie skończył się spektakl Teatru Klasyki Polskiej Dożywocie Aleksandra hrabiego Fredry w reżyserii Michała Chorosińskiego. Jesteśmy w Sandomierzu, w Katolickim Domu Kultury Świętego Józefa – tuż przy kurii biskupiej. Sala pęka w szwach, a owacja jest gromka, w rytm muzyki. Teatr przyjechał tu z Zamościa, wkrótce ruszy do Poznania, gdzie w Teatrze Muzycznym pokaże poetycki program nie tylko z Gajewskim, Fabijańskim czy Andrzejem Mastalerzem, ale i z gościnnym udziałem Adama Woronowicza. W repertuarze TKP ma ponad dwadzieścia tytułów: Fredro, Mrożek, Słowacki, Krasicki, Norwid…
Gliński zakłada teatr, Wróblewska wypowiada umowę
To od początku był wyraźnie polityczny projekt. Teatr Klasyki Polskiej gromadzi aktorów o pisowskich sympatiach: gra i regularnie reżyseruje tutaj Michał Chorosiński, do ostatnich wyborów dyrektor Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, prywatnie mąż epizodycznej ministry kultury Dominiki Chorosińskiej. Pracuje tu też znany z politycznych wystąpień Jerzy Zelnik czy Leszek Zduń, którego pisowskie władze województwa świętokrzyskiego widziały niedawno w roli dyrektora Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, choć konkurs wygrał ktoś inny.
Teatr Klasyki Polskiej powstał najpierw przy Stowarzyszeniu Muza Dei – początkowo jako Teatr Klasyki Polskiej Quo Vadis był po prostu projektem tego NGO. Muza Dei otrzymywała duże kwoty od państwa w czasach rządów PiS: m.in. granty z Funduszu Sprawiedliwości, Funduszu Patriotycznego przy Instytucie Dmowskiego czy po prostu z Ministerstwa Kultury. Szefem był Andrzej Dubiel, niedoszły poseł PiS i były rzecznik partii Prawica RP Marka Jurka. Stowarzyszenie zajmowało się działalnością przeciwko prawu do aborcji czy za wypowiedzeniem antyprzemocowej konwencji stambulskiej. A w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski za dyrekcji Piotra Bernatowicza organizowało Kongres Kultury Polskiej, ultraprawicową alternatywę dla znanej imprezy o tej nazwie.
Później Teatr Klasyki Polskiej został osobną fundacją. Wreszcie, pod koniec rządów PiS, stał się narodową instytucją kultury, prowadzoną wspólnie przez Ministerstwo Kultury oraz dotychczasową Fundację Teatr Klasyki Polskiej. Ta ostatnia, już otrzymując ponad dziesięć milionów złotych stałej państwowej dotacji rocznie, mieściła się jeszcze przez kilka miesięcy w prywatnym mieszkaniu. Dziś rezyduje w Roma Office Center, biurowcu przy Nowogrodzkiej należącym do Archidiecezji Warszawskiej – również tutaj siedzibę ma Teatr Klasyki Polskiej.

Gajewski podpisał z Glińskim 3 marca 2023 umowę o wspólnym powołaniu instytucji. Najpierw został w niej pełniącym obowiązki dyrektora, a potem, 23 października 2023, dyrektorem. Zgodnie z umową ministerstwo gwarantowało teatrowi finansowanie na poziomie co najmniej 10 milionów złotych rocznie. Dyrektora Teatru Klasyki Polskiej minister nie mógł powołać ani odwołać bez zgody Fundacji Teatr Klasyki Polskiej. Stanowisko prezesa fundacji objął po Gajewskim urodzony w 1999 roku Arkadiusz Lech, współpracujący jako producent między innymi z Biurem Wydarzeń Kulturalnych Instytutu Pamięci Narodowej, dziś członek Rady Młodzieży przy prezydencie Karolu Nawrockim.
Ministerstwo Kultury wypowiedziało jednak umowę o współprowadzeniu. Zrobiła to – nie chwaląc się tym publicznie – jeszcze ministra Hanna Wróblewska 17 grudnia 2024 roku. Zgodnie z tamtą umową okres wypowiedzenia trwał rok. Od 1 stycznia 2026 Teatr Klasyki Polskiej jest samodzielnie prowadzoną instytucją kultury, już bez współprowadzącej go fundacji – ale wciąż z dyrektorem Gajewskim na czele. Ciągle prowadzi i ciągle dotuje go Ministerstwo Kultury, które teraz o jego przyszłości czy kierownictwie decyduje już samodzielnie.
83 sceny, czyli teatr w trasie
Trzeba przyznać, że przez ten ostatni rok Teatr Klasyki Polskiej pracował naprawdę sporo. Potrafił jednego dnia grać w dwóch różnych miejscowościach. „Naszą misją jest docieranie do tych miejsc, w których teatrów nie ma. Jest teraz bardzo dobra infrastruktura w domach kultury. Wykorzystujemy tę możliwość” – tłumaczyła na antenie TV Republika Dominika Dembińska z działu obsługi widowni.
„Wystawiamy coś, co trudno zobaczyć już dzisiaj, wystawiamy klasykę, zgodnie z jej duchem i literą” – emocjonował się z kolei dyrektor artystyczny Teatru Klasyki Polskiej Dariusz Kowalski w „Dzień Dobry TVN”. „Zaczęło się od Fredry, od Zemsty. To są rzeczy… »Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba«, »Zamienił stryjek na siekierkę kijek« – to są rzeczy, które widownia nieraz nawet z nami powtarza” – opowiadał znany z roli Janusza Tracza w serialu Plebania aktor, zachwalając obecne u Fredry „ponadczasowe prawdę, piękno i dobro” na kanapie telewizji śniadaniowej.
Teatr Klasyki Polskiej chwali się na swojej stronie internetowej, że zagrał już na 83 scenach. To nie tylko domy kultury. Księdza Marka zespół pokazał w nieotwartym jeszcze Muzeum Historii Polski za poprzedniego dyrektora Roberta Kostry. Ambasadora według Mrożka w również wciąż nieotwartym toruńskim Muzeum Pamięć i Tożsamość prowadzonym przez fundację ojca Rydzyka. Można też wymienić krzyżacki zamek w Gniewie (dziś to centrum hotelowe należące do Grupy Polmlek, największej polskiej grupy kapitałowej w branży mleczarskiej), pałac w Radziejowicach (prowadzony przez Ministerstwo Kultury dom pracy twórczej) czy katolicki kościół Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim w Warszawie, gdzie odbywają się wieczory poetyckie na Scenie Stygmat.

Najbardziej reprezentacyjną lokacją jest jednak Teatr Królewski w warszawskich Łazienkach. Na scenie teatru zbudowanego przez Stanisława Augusta Poniatowskiego Jerzy Zelnik występuje w roli tego właśnie władcy w Królu i carycy we własnej reżyserii.
Spektakl opiera się na korespondencji Poniatowskiego i Katarzyny Wielkiej, kochanki króla i grabarki I Rzeczpospolitej.Zanim jednak na scenie zabrzmią listy monarchów, Halina Rowicka – grająca carycę i będąca zarazem autorką scenariusza – wygłasza prolog. Bardzo współczesny, bo Rowicka wkłada w usta osiemnastowiecznej władczyni – obok planów budowy oligarchii – słowa o „operacyjnej eliminacji” przeciwników. Czy Katarzyna Wielka to Putin, a Poniatowski to Tusk?
Między potężnych szermierzy, to flirtujących, to znów ścierających się ze sobą, wrzucony jest na scenę Stefan Kiniorski, skrzypek. Postać Kiniorskiego w programie opisana została jako „Stańczyk”, nosi też adekwatną czapkę – choć jego komentarze sprowadzają się zasadniczo do muzycznych ilustracji. Konstytucja Trzeciego Maja? Mamy parę taktów mazurka Witaj, majowa jutrzenko… I tak dalej, i tak dalej. Kilkakrotnie rozbrzmiewa, jako złowrogie memento, melodia Boże, caria chrani! – też anachronicznie, bo ten rosyjski imperialny hymn powstał w 1833 roku, trzydzieści pięć lat po śmierć „króla Stasia”.
Mija godzina – trzeci rozbiór, spektakl skończony, cisza. By jednak publiczność nie oklaskiwała upadku ojczyzny, na koniec wykonywana jest wariacja na hymn narodowy. Inaczej niż w Termopilach polskich w Teatrze Narodowym u Jana Klaty widownia nie zrywa się na te dźwięki z krzeseł.
Na historycznej scenie rozgrywa się historyczna wieczornica, kameralne widowisko edukacyjne. W centrum stoi mapa, z której w kolejnych odsłonach stopniowo znika rozbierana przez zaborców Rzeczpospolita. Wreszcie mija godzina – trzeci rozbiór, spektakl skończony, cisza. By jednak szanowna publiczność nie oklaskiwała upadku ojczyzny, na koniec wykonywana jest wariacja na hymn narodowy. Inaczej niż w Termopilach polskich w Teatrze Narodowym u Jana Klaty widownia nie zrywa się na te dźwięki z krzeseł.
„Nie bierzcie narkotyków”, czyli Fabijański na scenie
Teatr Klasyki Polskiej w lutym 2025 był też na kongresie fanów Kanału Zero u Krzysztofa Stanowskiego w Łodzi. W Atlas Arenie wystąpił należący do zespołu Gajewskiego aktor Sebastian Fabijański – z monodramem Niemyte dusze / Narkotyki według Stanisława Ignacego Witkiewicza w reżyserii Anny Kękuś.
„Spektakl porusza temat uzależnień, halucynacji i kondycji człowieka, łącząc aktorstwo i muzykę. Będzie to wstęp do wystąpienia Michała »Miśka« Koterskiego” – zapowiadał Kanał Zero na Twitterze. Tamto przedstawienie można obejrzeć zresztą na YouTubie. W ten sposób Teatr Klasyki Polskiej próbuje trafić do młodszego pokolenia polskiej prawicy, a kanał Stanowskiego zyskuje, jednorazowo, coś na kształt swojego Teatru Telewizji.
Monodram miał premierę w Instytucie Teatralnym 17 września 2024, był też grany w pałacu w Radziejowicach czy na konferencji poświęconej Witkacemu na Uniwersytecie Warszawskim. Najbliższy pokaz odbędzie się w Teatrze Starym w Lublinie.
Fabijański jest w tym spektaklu blisko widzów, powtarza „Nie bierzcie narkotyków” – i puszcza oko. Na premierze trudno było w tym nie widzieć aluzji do aferki z lipca 2022 roku, gdy w wywiadzie dla „Pudelka” aktor przyznał się do zażycia bliżej niedookreślonych substancji psychoaktywnych: „Jak normalnie narkotyków nie biorę, bo nie służą mi za bardzo, tak tego wieczora coś się ze mną wydarzyło takiego, że dałem się namówić” – powiedział wtedy, a plotkarskie portale międliły tę wypowiedź przez wiele tygodni, jak gdyby korzystanie z narkotyków było niesamowitym, niespotykanym przekroczeniem.



Sebastian Fabijański może więc grać swojaka, chłopaka, a jednocześnie realizować w ten sposób narodową misję, którą wicepremier Gliński powierzył nowemu narodowemu zespołowi. Wychodzi to raz lepiej, raz gorzej. Fabijański już-już kupuje widzów pewną naturalnością i wdziękiem, by zaraz potem przeszarżować aktorsko dość siermiężnym „graniem wariata”, gdy znów mowa jest o witkiewiczowskim „schizoidzie”. Trudno dopatrzyć się tu jakiegoś głębokiego studium, jakiejś alchemicznej roboty w zgłębianiu klasyki narodowej, której warsztatowo-rapsodyczne studium Teatr Klasyki Polskiej deklaruje jako swoją specjalność. „Istnieje konieczność pielęgnowania coraz bardziej zagrożonego, degradowanego brakiem wysokich wymagań artystycznych warsztatu aktorskiego i czasem już zapominanych umiejętności” – czytamy w programie teatru. Tyle deklaracje. Tymczasem w rzeczywistości: ot, zwykły monodram według lubianego przez ambitnych licealistów pisarza, nadający się na scenę dowolnego prowincjonalnego teatru repertuarowego, łącznie z prowincjonalnymi teatrami warszawskimi.
Ta „zwykłość” to może największa tajemnica Fabijańskiego. „Nie chcę się stać memem” – mówił kiedyś w jednym z wywiadów. A gdy aktora obierze się z „memu”, czyli ze skandali, dziwnych wypowiedzi, tandetnych ról u Patryka Vegi i ekscentrycznych u Xawerego Żuławskiego, prób kariery rapera i walk freakfightowych w Fame MMA… zostaje dość klasyczny aktor teatralny po warszawskiej szkole teatralnej. Mógłby spokojnie grać za czasów Jana Englerta w Teatrze Narodowym w Warszawie. Dla niektórych to komplement, dla niektórych – wręcz przeciwnie.
Ksiądz Marek, czyli teatr w pustym muzeum
Pierwszą rolą Fabijańskiego w Teatrze Klasyki Polskiej był Klemens Kosakowski w Księdzu Marku Juliusza Słowackiego. To nawracający się na słuszną narodową sprawę szlachecki watażka, trochę prototyp późniejszego Kmicica z Potopu Sienkiewicza.
Ksiądz Marek w reżyserii Jacka Raginisa, syna Grzegorza Królikiewicza – wybitnego reżysera filmowego o wyraźnie prawicowych sympatiach – to repertuarowy okręt flagowy TKP. Przynajmniej do czasu, kiedy Gajewski nie spełni zawartej w programie obietnicy „wystawienia własnymi siłami Wesela”, w którym to celu deklaruje potrzebę trzydziestu pięciu etatów aktorskich – tyle ma mieć ich docelowo instytucja. Budżet produkcyjny Księdza Marka zgodnie z planem finansowym wynosić miał 800 tysięcy złotych. W tej chwili w repertuarze nie ma kolejnych terminów pokazów.
Dramat Słowackiego w wydaniu Raginisa to inscenizacja zarazem biedna i potężna – trochę jak olbrzymi, pusty gmach niedokończonego Muzeum Historii Polski, w którym miała premierę 23 marca 2024. Przybyli na nią były minister Gliński, a także m.in. posłanka Joanna Lichocka.
Biedna była skromna scenografia czy projekcje budujące skojarzenia konfederacji barskiej z trwającą wojną w Ukrainie. W Teatrze Klasyki Polskiej wszystko miało być klasyczne – praktyka ustala jednak, jak widać, granice dopuszczalnych uwspółcześnień. Garnitur zamiast kontusza – nie. Rakiety zamiast osiemnastowiecznych armat – tak. Na koniec syreny – niczym w godzinę W (choć, przypominam, w XVIII wieku polscy szlachcice syren nie mieli, chyba że w herbie).
W Teatrze Klasyki Polskiej wszystko ma być klasyczne – praktyka ustala jednak granice dopuszczalnych uwspółcześnień. Garnitur zamiast kontusza – nie. Rakiety zamiast osiemnastowiecznych armat – tak.
Potężna była liczba ludzi w scenach bitewnych. Ten rozmach jednak bardziej obnażał, niż skrywał reżyserską słabość. Ksiądz Marek zdawał się serią grupowych przemarszów z kijami i szablami, przeplatanych nieco szkolnymi deklamacjami. Jarosław Gajewski swoją postać tytułową – księdza-wcielenie polskiego Chrystusa – budował w sposób nieznośnie patetyczny i przerysowany. Ale to nie Gajewski, lecz Fabijański był twarzą tej premiery. Na plakatach, na reklamach wyświetlanych w warszawskim metrze budził medialną ciekawość.
Chór heter, czyli powrót do „Gardzienic”
Do starszych teatromanów skierowany był natomiast Tymon z Aten według Williama Szekspira – wspólna produkcja Teatru Klasyki Polskiej i Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Premiera spektaklu w reżyserii Włodzimierza Staniewskiego i na podstawie przekładu Antoniego Libery odbyła się 16 października 2025 w Gardzienicach.
Dlaczego Tymon z Aten, a nie Studium o Hamlecie Stanisława Wyspiańskiego? Ostatecznie Szekspir nie był Polakiem, choć różne głosy w tym temacie się pojawiały. Według Gajewskiego Tymona z Aten wystawiać chciał z nim sam Staniewski, a paragraf czwarty statutu wymienia wśród zadań Teatru Klasyki Polskiej adaptowanie na scenę „przekładów klasyki światowej”. Czy znaczy to, że na scenę Gajewskiego mógłby trafić nowy, wybitny przekład np. 4.48 Psychosis Sarah Kane czy Aniołów w Ameryce Tony’ego Kushnera? Gdyby tylko sporządził go Antoni Libera, to kto wie…
W gardzienickim foyer wciąż są zdjęcia kobiet, które zarzuciły twórcy „Gardzienic” Włodzimierzowi Staniewskiemu nadużycia, w tym przemoc fizyczną i seksualną. Portrety Joanny Wichowskiej czy Mariany Sadowskiej wiszą wraz z innymi – Wichowska w sekcji „Aktorzy – meteory”, Sadowska – „Aktorzy – filary” . Po tym, jak w 2020 roku opowiedziały one, razem z innymi, o swoich doświadczeniach, prokuratura najpierw wszczęła, a potem umorzyła śledztwo – z powodu przedawnienia ewentualnych czynów i niemożliwości dotarcia do części świadków, przebywających za granicą. Dyrektor Staniewski dostał jeszcze za swoje zasługi nagrodę „za całokształt” od ministra Piotra Glińskiego i w końcu przeszedł na emeryturę – ale przebywając w Gardzienicach można tego ostatniego faktu nie zauważyć. Ciągle trwa (eks-)dyrektorski ceremoniał witania kolejnych widzów z nazwiska czy też zwyczaj prezentowania przy każdym spektaklu filmu dokumentalnego opowiadającego o trudzie remontu gardzienickiego zespołu pałacowego, ze Staniewskim w roli troskliwego gospodarza nadzorującego robotników.

Do #MeToo w „Gardzienicach” odniósł się i Jarosław Gajewski. Zapytany w radiowej Dwójce o fakt, że w Ośrodku „praca z aktorami, a zwłaszcza aktorkami, niekiedy kosztowała być może zbyt wiele”, jak ujęła to dziennikarka, dyrektor Gajewski odpowiedział: „Teatr jest bardzo trudną przestrzenią współpracy, nieustannie się ranimy, chcąc czasami pogłaskać przyjaciela. To, co mi wiadomo i co mi wyznał sam Staniewski, rzeczywiście było ponadstandardowe. W tej chwili jeszcze toczą się, z tego, co mi wiadomo, rozmaite procesy. Mam poczucie, że sam Włodzimierz Staniewski tę rzeczywistość uważa za jakąś przeszłość, po której się próbuje odbudować”.
Zaraz potem dyrektor Gajewski dodał jednak: „Popełniamy taki szczególny błąd prezentyzmu, jeśli chodzi o ocenę dzieł sztuki, naszych myśli z przeszłości. Natomiast oczywiście jest tak, że nabieramy nowej delikatności, nowej wrażliwości na siebie i pewne rzeczy, które były dopuszczalne jakiś czas temu, dzisiaj są nie do pomyślenia. To oczywiście jest źródłem innego teatru i czasami oglądam go jako »niedoteatr«, jako coś, co nie sięga tych mocy, które teatr powinien mieć, właśnie ze względu na ostrożność tego trybu twórczego. Pozostaje pytaniem, czy ryzyko związane z zanurzeniem się w żywioł teatru powinno być duże, czy jak najmniejsze. Czy nasze życie, którym teatr się żywi, jesteśmy w stanie włączyć w dzieło sztuki, czy wprost przeciwnie, czy chcemy zachować zdrowie psychiczne, komfort i poczucie bezpieczeństwa, którego w życiu nam także brakuje. No to myślę, że tę postawę, którą częściej dostrzegam wśród twórców teatru, respektuję i szanuję. Ja jestem ze świata innych temperatur”.
Dwa różne światy spotkały się też na scenie w Gardzienicach. Tymon z Aten to jakby dwa spektakle w jednym, i to dwa spektakle rozgrywające się w tej samej przestrzeni jednocześnie.
Prawie wszystko jest tu jak z teatru późnego Staniewskiego. Są chóry, stylizacja na grecki antyk, sceny grupowe, kobiety wyuzdane i cwane. „Mamy na scenie chór heter – on jest wpisany w tekst, bardzo go wyeksponował Włodzimierz Staniewski, stanowi on nadzwyczaj atrakcyjną część naszego widowiska” – zachwalał Gajewski przed premierą w cytowanej już rozmowie. Widowisko skoczne, rubaszne i eklektyczne. Tak, prawie wszystko jest tu z teatru Staniewskiego – tylko nie… główna rola. Dyrektor Jarosław Gajewski jako tytułowy Tymon gra sobie Szekspira, jak zwykł grać Fredrę, gdzieś obok całego spektaklu. W efekcie jego ateński bogacz niewiele różni się od arcypolskiego skąpca Łatki z Dożywocia, które widziałem parę tygodni wcześniej w Sandomierzu. Te drobne kroczki, te zamaszyste gesty rąk, te komiczne miny – bardziej pasuje tu swojskie „mociumpanie” niż dionizyjski okrzyk.
Polski teatr, czyli „sytuacja kolonialna”
Teatr Klasyki Polskiej wyrasta z typowego dla środowisk bliskich PiS-owi fantazmatu, z wizji głębokiego kryzysu polskiej kultury narodowej, ba – właściwie jej obumarcia. Dlatego polscy patrioci muszą ją reanimować, niczym czescy czy litewscy budziciele świadomości narodowej w XIX wieku.
Gajewski dał wyraz takim przeświadczeniom poniekąd wprost, w oficjalnym piśmie do ministra Glińskiego w lipcu 2022 roku, wnioskując o utworzenie Teatru Klasyki Polskiej jako państwowej instytucji kultury. Teatr miał powstać z „potrzeby nadrobienia poważnych braków, nawarstwiających się w ciągu ostatnich lat” – braku „reprezentacji arcydzieł dramaturgii polskiej” w „bieżącym repertuarze scen warszawskich”. Skąd wziął się ten rzekomy brak? „Z powodu licznych zaszłości, które w skrócie można by nazwać »sytuacją kolonialną« polskiej kultury” – tłumaczył ministrowi dyrektor Gajewski.

Ten mit narodowego schyłku idzie tu w parze z mitem upadku teatru, przekonaniem charakteryzującym teatralnych konserwatystów od znacznie dawniejszych czasów: że, laboga, nikt już nie gra polskiej klasyki, a jak gra, to rozwala, że na scenach już, proszę państwa, tylko golizna, skandal i teatr postdramatyczny. To samo pismo diagnozuje „zanikanie kompetencji aktorskich i reżyserskich w zakresie czytania i realizacji dzieł dawnych literatury polskiej”, rzecz jasna „zgodnie z ich literą i duchem”.
W tej fantazji Gajewski to, cytując polskiego klasyka, może ostatni, co tak poloneza wodzi, a Teatr Klasyki Polskiej to rezerwat autochtonicznej kultury teatralnej, gdy niemieccy kulturträgerzy zastąpili Fredrę jakimś, dajmy na to, Heinerem Müllerem na scenach od Koszalina po Zakopane.
A przecież tego samego fredrowskiego szlachcica Łatkę grał Jarosław Gajewski w bardzo podobny sposób w Teatrze Polskim u Andrzeja Seweryna, w spektaklu w reżyserii Filipa Bajona z 2016 roku. Profesor Gajewski uczy też Fredry od wielu lat w Akademii Teatralnej w Warszawie. Na czym polega różnica wnoszona przez Teatr Klasyki Polskiej? Na tym, że to klasyka „w kostiumie”, a nie w trampkach? Faktycznie, Jerzy Zelnik w peruce i pończochach prezentuje się bardzo szykownie, ale czy potrzebna jest do tego nowa instytucja?
Dlaczego minister Gliński założył Teatr Klasyki Polskiej? Bo mógł. Ale też, co w przypadku polityków kluczowe – bo chciał.
Żarty żartami, ale wnioski są całkiem poważne. O zakładaniu kompanii teatralnej marzyli Monika Strzępka i Paweł Demirski, w ten sposób miał swego czasu działać zespół Krzysztofa Warlikowskiego, o rozmaitych kolektywach twórczych i zinstytucjonalizowanych zespołach nieprzywiązanych do stałej sceny gada się w środowisku od dekad. Tymczasem kompanię teatralną założył minister Gliński. Dlaczego? Bo mógł. Ale też, co w przypadku polityków kluczowe – bo chciał. Jakkolwiek by oceniać przedstawienia, jest to dowód na sprawczość prawicowej polityki kulturalnej i na to, że wychodzi ona naprzeciw potrzebom diagnozowanym przez popierające ją środowisko. Można się z tą wizją i z przekonaniem o istnieniu takich potrzeb nie zgadzać – ale Teatr Klasyki Polskiej wciąż gra i wciąż jest narodową instytucją.
Jak długo pogra? Ile pieniędzy dostanie po wypowiedzeniu ministerialnej umowy? Czy pozostanie autorskim projektem Gajewskiego i osób z jego kręgu, czy może jednak da się wyobrazić sobie instytucję skupioną na polskiej klasyce, która nie jest zarazem bastionem prawicy? To będzie zależeć od politycznych decyzji.