Popiół

Popiół
Żar, reż. Jan Englert / fot. materiały Teatru Polonia
Szkoda, że Jan Englert nie pokusił się o własną adaptację Żaru Sándora Máraiego, tylko sięgnął po udramatyzowaną wersję tej powieści, przygotowaną przez Christophera Hamptona.

Anglosaska powściągliwość i wymogi West Endu sprowadziły kipiący napięciami obraz Europy końca XIX wieku i czterech pierwszych dekad następnego stulecia do formatu „sztuki dobrze skrojonej”. Czas i miejsce w zasadzie nie mają w niej znaczenia, a przecież przetasowania granic, narodów i klas społecznych miały wpływ na losy bohaterów węgierskiego pisarza. Brak kontekstu sprawia, że nie sposób dojść intencji ich wyborów, uchwycić prawdy zdarzeń. Ta niemożność jest jednocześnie tematem Żaru. Owszem, Márai kreśli tę panoramę w tle, we wspomnieniu, a tu i teraz buduje bardzo kameralną sytuację i rozgrywa ją konwersacją, a nie akcją. W tym sensie teatr ma prawo potraktować jego utwór jako sztukę salonową. Niemniej w tym salonie czuć się powinno „żar”.

Po czterdziestu jeden latach spotykają się dwaj leciwi mężczyźni, by wyjaśnić sobie koleje zerwanej przyjaźni, gospodarz (Henrik – Jan Englert) próbuje dociec faktów i intencji popełnionych czynów w długich wywodach, gość (Konrad – Daniel Olbrychski) zdawkowo udziela wyjaśnień, przeważnie odpowiada milczeniem. Ale rozmowa odbywa się właśnie z jego inicjatywy, to on po długim czasie wraca tam, gdzie ich losy się rozdzieliły, wraca niczym zbrodniarz na miejsce przestępstwa. Kto tu kogo potrzebuje? Tej dwuznaczności trudno się domyślić w spektaklu. Podobnie jak kolejnej. Gospodarz aranżuje miejsce spotkania tak, by w każdym detalu przypominało to sprzed lat. Czy to ma zadziałać jak wariograf, czy też zakrawa na jakiś ceremoniał? Rytualnego charakteru sytuacji przydaje obecność kobiety, świadka obydwu spotkań, swoistego anioła stróża Henrika. Nini (Maja Komorowska) towarzyszy mu od narodzin, to jej mleko ssał, to ona uratowała mu życie, gdy był dzieckiem, rozumieją się bez słów i bezgranicznie sobie ufają. Choć i ona się starzeje, to zdaje się być poza czasem, wiecznie w tym samym stroju.

Jest jeszcze czwarta bohaterka spotkania, obecna przez swą nieobecność Krisztina, ukochana żona Henrika, kobieta, z którą łączyło Konrada odczuwanie rzeczywistości przez muzykę, pobratymstwo dusz, skrywana przed światem długoletnia namiętność. Zmarła w kilka lat po zdarzeniach, które spowodowały rozerwanie tego przedziwnego splotu przyjaźni, miłości, nienawiści i niespełnienia. Márai przedstawia to przesilenie tak, że bohaterowie odchodząc od siebie, wycofują się też z życia (wyjazd Konrada w tropiki to tylko pozór bycia w świecie). Co determinuje los człowieka? Márai rozkłada odpowiedź na pochodzenie, następstwo pokoleń, dar talentu, wychowanie, wrodzone cechy osobowości, dziejącą się historię… Mnoży współczynniki i zostawia czytelnika z tym pytaniem.

Czy pamiętnik Krisztiny kryje jakąś odpowiedź? Za jej życia mąż miał do niego swobodny dostęp, pozwalała mu przeczytać to, czego nie chciała wypowiedzieć. Ani rozpad związku, ani śmierć żony nie sprowokowały Henrika do szukania prawdy w tych zapiskach. Sięga po nie dopiero z powodu przyjazdu Konrada. Żaden z nich jednak nie chce poznać wersji Krisztiny. Dziennik ląduje w kominku. Swoje wiedzą czy boją się jej relacji? Może po tym spotkaniu zdają sobie sprawę, że nie ma jednej odpowiedzi. A przynajmniej trudno ją wyeksplikować w słowach.

Sztuka Hamptona to materiał na tak zwane kreacje aktorskie. Tak też ją promuje Teatr Polonia: „Mistrzowska obsada. Uczta teatralna najwyższej próby”. Reżyser Jan Englert w roli monologującego Henrika, Daniel Olbrychski jako powściągliwy Konrad i Maja Komorowska jako Nini, uosobienie tego, co dobre w życiu (tę rolę będzie grała z nią w dublurze Anna Seniuk). Jan Englert, wprowadzając ten tytuł na afisz Teatru Narodowego za swej dyrekcji, zapewnił reżyserowi Edwardowi Wojtaszkowi obsadę mistrzów: Zbigniew Zapasiewicz, Ignacy Gogolewski, Danuta Szaflarska. Stać go też było jako dyrektora sceny dotowanej z ministerialnej kiesy na decyzję, by grać spektakl w bardzo kameralnej przestrzeni, saloniku kominkowym, który zwykle służył widzom Sali Bogusławskiego jako palarnia. Jej marmury, lustra i zdobne żyrandole stanowiły naturalną scenografię. Krystynę Jandę na to nie stać. Przedstawienie oglądamy na dużej scenie, bilety na taką obsadę sprzedają się wszak na pniu.

W centrum widać aktorkę w czarnym stroju, która patrzy w obiektyw, trzymając rękę na oparciu fotela.
Żar, reż. Jan Englert / fot. materiały Teatru Polonia

Dekoracja pomyślana jest funkcjonalnie: kominek (trzeba spalić pamiętnik), mobilny barek (będzie pite), stolik i dwa fotele (siedzieli przy nim krytycznego wieczoru przyjaciele), krzesło w pewnym oddaleniu (siedziała na nim Krisztina i czytała książkę o tropikach), komoda (trzeba sprawdzić przed przyjazdem gościa, czy pistolet nabity – to scena dodana Máraiowi), na niej lampa naftowa/gazowa (burza powoduje awarię prądu), boczna ściana (trzeba gdzieś zamontować skrytkę na pamiętnik), ściana tylna z rzędem tarasowych okien (trzeba rozegrać przyjazd i odjazd samochodu Konrada i dać wyraz nie tyle upływowi czasu, ile wyładowaniom atmosferycznym, które punktują emocje między bohaterami – nie wiem, czy to patent Hamptona, czy reżysera).

Jan Englert ubrany jest w strój, w którym spokojnie mógłby wejść na scenę z ulicy. Na marynarkę zarzucony artystowski szaliczek, co może świadczyć o pretensji jego bohatera do losu, że pozbawił go wrażliwości na sztukę. Daniel Olbrychski wystylizowany jest na gentlemana z pewną przesadą. Nie ma powściągliwości bohatera Máraia, więcej mówi i gra, czym zdradza emocjonalną pustkę Konrada: jego palce błąkają się po niewidocznej klawiaturze, a uwaga skupia się na tym, by kieliszek był pełny. W gruncie rzeczy nie wiadomo, po co przyjechał. Henrik Jana Englerta i tak swoje wie. Chodziło chyba o to, żeby sprowokować rytuał odejścia i ukrócić udrękę życia. W finale wyjaśnia się, dlaczego Nini została ubrana w żałobny strój. Maja Komorowska podchodzi do Henrika, siedzącego w fotelu, który przed chwilą opuścił Konrad, i kreśli na jego czole krzyżyk. Jest aniołem dobrej śmierci, wcześniej zdradziła mu, że w ostatnich chwilach życia Krisztina wzywała jego imię. Englert dobrze się czuje w swojej podwójnej roli, swobodnie operuje tekstem, szkoda tylko, że nie Máraiego i że tak dużo dopowiada reżyserią.

Teatr Polonia w Warszawie, Żar Christophera Hamptona wg powieści Sándora Máraiego, tłumaczenie Elżbieta Woźniak, reżyseria Jan Englert, scenografia Wojciech Stefaniak, kostiumy Zuzanna Markiewicz, reżyseria światła Waldemar Zatorski, opracowanie muzyczne i realizacja dźwięku Tatiana Czabańska-La Naia, premiera 20 września 2025.

Maryla Zielińska

Absolwentka teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, na zmianę pracuje i pisze o teatrze, ostatnio wydała To. Biografię Jerzego Grzegorzewskiego (2024).