Polska jest męcząca

Polska jest męcząca
Krzysztof Głuchowski / fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
– Mam 60 lat i chciałbym już móc nie zajmować się polskością, nie myśleć o niej – mówi Krzysztof Głuchowski, dyrektor krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego, dzień po premierze Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego.

KRZYSZTOF GŁUCHOWSKI: O czym będziemy rozmawiać? Bo w zasadzie mam dość teatru.

TOMASZ PLATA: To powiedział Pan już wczoraj ze sceny, jako Reżyser w Wyzwoleniu Mai Kleczewskiej. Wiele osób zwróciło na to uwagę.

KG: To oczywiście trochę żart. Bardzo się cieszyłem z wczorajszej premiery.

TP: Rozumiem, że Maja Kleczewska zna Pana dobrze i wie, co dać Panu do powiedzenia.

KG: To miał być taki przewrotny gest. Sam pomysł, by Reżyser w Wyzwoleniu był Jokerem, można uznać za prowokację.

TP: Ten spektakl powstawał ponoć w dużym trudzie.

KG: Większość spektakli powstaje w trudzie. Co ma Pan na myśli?

TP: Dominika Bednarczyk miała grać Konrada, ale już po rozpoczęciu prób złożyła rolę.

KG: Takie rzeczy w teatrze się zdarzają. To nie jest nic nadzwyczajnego. Czasem gromadzi się więcej różnych przypadków, przeciwności… Ale to jest teatr. Byłoby dziwne, gdyby wszystko szło jak po maśle.

TP: Podobno zespół namawiał Pana, żeby odłożyć premierę.

KG: Nie, nie było takich rozmów. Zespół dobrze wiedział, że tej premiery nie możemy przełożyć. Przede wszystkim dlatego, że ona została precyzyjnie zaplanowana siedem lat temu jako część większego konceptu. Chodziło o to, żeby odbyła się dokładnie 123 lata po prapremierze Wyzwolenia, która przecież też miała miejsce na naszej scenie. Zrobiliśmy już Dziady w 120. rocznicę premiery inscenizacji Wyspiańskiego oraz Wesele w 123. rocznicę prapremiery. Teraz musieliśmy domknąć tę historię. Ważna była liczba 123. Tyle trwały rozbiory – odniesienie dziś może mało czytelne, ale kiedyś istotne. Nie było także takiej potrzeby, żeby przesuwać premierę, ponieważ spektakl był gotowy przed próbami generalnymi.

TP: Może zespół miał poczucie, że rocznicowe okoliczności to trochę za mało, by powstało udane przedstawienie?

KG: Chodziło o to, by sprawdzić wyporność tego tekstu, jego aktualność. Nie ma na to lepszego miejsca niż Teatr im. Juliusza Słowackiego. Symbolika liczby 123 jest ważna, bo podpowiada, że w momencie odzyskania niepodległości nie było nikogo, kto pamiętał wolną Polskę. Polska była wtedy mniej faktem, a bardziej mitem. Polacy żyli kompletnie zmitologizowaną wersją własnej historii. A Wyspiański chciał z tą mitologizacją walczyć. Wyruszył na bój z polską mitologią. Po to napisał Wyzwolenie – żebyśmy wyzwolili się z mitologii.

TP: W Pana poczuciu – udało się?

KG: Podobno w krakowskich ogródkach po prapremierze Wyzwolenia rozmawiano do rana. Ale ta dyskusja chyba szybko ucichła, wyczerpała się. Wyspiański miał prawo czuć się niezrozumiany.

TP: A jak było po wczorajszej premierze? Były dyskusje w krakowskich knajpach do rana?

KG: Były. Całą noc dostawałem esemesy.

TP: O jakiej treści?

KG: O różnych. Od konstatacji, że ten spektakl celnie odzwierciedla świat polskiej polityki, po komentarze w rodzaju: „Nie za bardzo wiemy, co z tym zrobić, to trudne, ale z drugiej strony dojmujące”. No tak, ten tekst jest trudny, dlatego my go chyba nie chcemy słuchać. Nie lubimy tego tekstu, bo on mówi trudne rzeczy, a my przecież jesteśmy fajni.

Wyzwolenie, reż. Maja Kleczewska / fot. Bartek Barczyk & Joanna Siwiec / Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

TP: Dziś też musimy walczyć z polską mitologią?

KG: To fundamentalna sprawa. Już w naszych Dziadach sprzed niespełna pięciu lat o tym mówiliśmy. Tam diagnoza była bardzo mroczna.

TP: Dałoby się ją streścić w kilku słowach?

KG: Nie potrafimy być wolni. Nawet jak coś osiągamy, to nie potrafimy być wolni jako społeczeństwo. Jesteśmy strasznie uwikłani. Nie umiemy czerpać poczucia własnej wartości z tego, co mamy. A przecież tyle mamy. Tyle mogliśmy osiągnąć. I tyle osiągnęliśmy. A okazuje się, że wciąż musimy odwoływać się do mitów. Do nieprawdziwych mitów. Do takich wymyślonych. Mit jest zawsze trochę wymyślony. To jest nasze nieszczęście.

TP: Wasze Dziady swoją rangę zawdzięczały nie tylko jakości artystycznej, ale także temu, że znalazły się w centrum politycznego zamieszania. Ówczesna małopolska kurator oświaty pisała: „Wskazana […] interpretacja Dziadów Adama Mickiewicza jest swobodną emanacją poglądów środowiska, które pragnie kształtować spojrzenie społeczne na współczesną Polskę nie z troską, miłością należną Ojczyźnie, lecz z nienawiścią do jej rodowodu historycznego, do tożsamości narodu ugruntowanego na fundamencie tradycji cywilizacji łacińskiej”. Wkrótce po tym rozpoczęto próby odwołania Pana ze stanowiska. Spodziewał się Pan tego?

KG: Pamiętam, jak po drugiej generalnej podszedłem do Mai Kleczewskiej. Siedziała zamyślona, zapytałem, o co chodzi, a ona na to: „Wiesz, Krzysztof, wydaje mi się, że zrobiłam zbyt grzeczny spektakl”. Ja się wtedy roześmiałem. Wiedziałem już, że to bardzo niegrzeczny spektakl. Więc mogłem się afery wokół Dziadów spodziewać. Ale jej nie zakładałem. To znaczy: nie taki był nasz cel. Nie wywołaliśmy tego skandalu celowo. Do niczego nie był nam potrzebny. Pewna dziennikarka w Trójce skomentowała: „Co ten Głuchowski robi? To jest żenujące: rozkręca aferę, żeby sprzedać więcej biletów”. A my mieliśmy bilety sprzedane jeszcze przed premierą do końca sezonu.

TP: A zatem wzorcową ofiarą PiS-owskiej władzy w polskim teatrze został Pan przez przypadek?

KG: To ani przez moment nie było moim zamiarem. Po prostu… Jak to powiedzieć? Po prostu powiedziałem „nie” w pewnym momencie. I jakoś tak było, że stosunkowo niewiele osób mówiło wówczas „nie”. Może dlatego to było widoczne. Ja się nie pchałem na pomniki, nie pozowałem na kogoś wyjątkowego. Po prostu taki jestem i koniec. Jakby miało się to powtórzyć, zachowałbym się identycznie. A mój zespół… Chciano im zabrać coś, co osiągnęli. A osiągnęli bardzo wiele. Z niebytu stali się bardzo ważnym zespołem. Przeszli całą drogę wielu fantastycznych przedstawień, budowania publiczności, budowania marki, budowania miejsca, odzyskiwania pola. Byli z tego dumni. I nagle ktoś chciał im to zabrać. Więc bronili swojego miejsca i swojej pozycji. Tylko tyle i aż tyle. Tu nie było żadnej martyrologii.

Bądźmy w końcu jak Czesi, którzy też mają piękną, wspaniałą historię, ale nie biją tej piany na okrągło. Nie sięgają do jakiejś przeszłości zamierzchłej po to, by cały czas jej używać w codzienności.

TP: Wyzwolenie powstało już w innej politycznej atmosferze. Czy mroczne diagnozy sprzed lat zachowały aktualność? Czy pesymistyczna diagnoza z Dziadów nie uległa przedawnieniu?

KG: Ja mam radykalne poglądy w tej kwestii. Uważam, że jednak musimy coś zburzyć. Nie mówię o burzeniu, broń Boże, kamienic, pałaców, rewolucji jakiejś. Ale nasze wyzwolenie będzie możliwe tylko wtedy, kiedy my się pojedynczo wyzwolimy, czyli wyzwolimy się tak jak Konrad w Wyzwoleniu. Jednostkowo. Nie możemy stworzyć społeczeństwa, jeśli nie wyzwolimy się z wszystkich naszych obsesji, lęków, wzajemnej nienawiści, nieufności i tej nieustannej polskości. To jest strasznie męczące – ta ciągle przywoływana polskość. Tu od razu przypomina mi się cytat z Wyspiańskiego: „Bo to tak wygląda, jakby Polski nie było, Polaków nie było…”. Siedzimy tu i co? Jest wszystko, Polska istnieje. To jest najpiękniejszy cytat z Wyspiańskiego.

To jest niesamowite [pokazuje na budynek Teatru im. Słowackiego, przed którym siedzimy – TP]. Ale my tu mamy przecież muzeum. Ten teatr jest muzeum, gigantycznym muzeum, sięgającym czasów średniowiecza, bo tutaj przecież w XIII wieku był cmentarz, ten teatr stoi na najstarszym, największym cmentarzu w tym mieście. To jest historia jak z Larsa von Triera, z Królestwa. No i co z tego? To piękna, wspaniała historia. Ale bądźmy w końcu jak Czesi, którzy też mają piękną, wspaniałą historię, ale nie biją tej piany na okrągło. Nie sięgają do jakiejś przeszłości zamierzchłej po to, by cały czas jej używać w codzienności. To jest strasznie męczące. Zwłaszcza że to jest, jak powiedziałem, często historia zmitologizowania. U nas to w ogóle każda historia jest zmitologizowana. Cokolwiek tkniemy w naszej historii, jest nieprawdą. Jest jakąś fasadą totalną.

TP: Jest Pan pewien, że w walce z polską mitologią Wyspiański jest dobrym sojusznikiem?

KG: Wyspiański był człowiekiem tragicznym i nieszczęśliwym. Nikt go nie rozumiał. Spalał się w tym, co robił. Ja chcę zrealizować to, o czym on mówił. Czyli sam, mając 60 lat, chciałbym móc nie zajmować się nieustannie polskością, nie myśleć o niej. To moje największe marzenie. Zbliżam się do tego, już prawie to osiągnąłem. Na razie jest mi trudno, bo się tym zajmuję. Siedzę tu i to jest mój obowiązek. Grzebać się w tym, babrać, uwierać kogoś w bucie, bo to jest funkcja teatru, zwłaszcza tego teatru. Mamy być niewygodni. Jesteśmy niewygodni. Tyle że z jednej strony chcemy to robić, a z drugiej – powinniśmy już to odrzucić. Przestańmy. Zostawmy te muzea, kościoły, cmentarze. Uwolnijmy się. Zajmijmy się sobą.

TP: Przyznam, że przyjmuję to z pewnym zaskoczeniem. Wczoraj byłem na premierze w Pana teatrze i słowo „Polska” padło ze sceny kilkaset razy.

KG: To jest właśnie to, co chcemy pokazać. My nieustannie to robimy. Polska, Polska, Polska. Przez Polskę, z Polską, o Polsce. To jest męczące. Polska jest męcząca. A przecież jest lepiej, niż kiedykolwiek było. Jeżeli tego nie zniszczymy, to będzie trwało. Dla naszych dzieci, wnuków, prawnuków.

TP: A nie prościej byłoby zrobić przedstawienie o czymś, co nie jest Polską? Nie o Polsce.

KG: My mamy masę różnych przedstawień w repertuarze. Klasyka to tylko jedna trzecia programu. Ale oczywiście dobrze widoczna, wyeksponowana. Wracamy do wielkich tekstów, bo to jest nasza misja. Kto ma to robić, jeśli nie my? Zresztą sam fakt, że o tym rozmawiamy, świadczy, że to ma sens. Wyspiański ciągle ma sens.

Nie przeczytałem Pana Tadeusza w szkole. Ani podstawowej, ani średniej. Bo miałem opór. Przeczytałem dopiero po czterdziestce. I to był szok. Nagle zorientowałem się, że to strasznie odpychający tekst.

TP: Rozmawiam z dyrektorem teatru, który twierdzi, że jest zmęczony ciągłą dyskusją o Polsce, a w aktualnym sezonie przygotował na dużej scenie Wyzwolenie i Pana Tadeusza. Czegoś tu mimo wszystko nie rozumiem.

KG: Ale te dwa przedstawienia próbują przeprowadzić dokładnie to, o czym mówimy. Pan Tadeusz w reżyserii Wojtka Klemma jest demitologizacją tekstu Mickiewicza. Wciąż myślimy o Panu Tadeuszu stereotypowo: że to sielanka, pochwała tradycyjnej polskości. Tymczasem to zjadliwa krytyka. Ja nie przeczytałem Pana Tadeusza w szkole. Ani podstawowej, ani średniej. Bo miałem opór. Czytałem już wtedy trochę inne rzeczy. Na szczęście. I przeczytałem dopiero po czterdziestce. I to był szok. Nagle zorientowałem się, że to strasznie odpychający tekst. Zjadliwy, kipiący żółcią. Gdzie nie ma pozytywnych postaci. Gdzie wszyscy są straszni. Gdzie na okrągło jest kupczenie, rajfurzenie, molestowanie. Straszne rzeczy tam są. Tylko pięknie napisane. I my to dzieciom dajemy do lektury. To jest epopeja narodowa. Mickiewicz rzeczywiście za karę stoi na rynku w Krakowie i musi patrzeć na Kościół Mariacki. To jest jakaś kara.

TP: Co Pan czytał w szkole czy na studiach, skoro nie Pana Tadeusza?

KG: Prousta i Musila.

TP: Czekamy na Prousta i Musila na dużej scenie Teatru im. Słowackiego.

KG: No, byłoby pięknie… Rozmarzyłem się trochę.

1989, reż. Katarzyna Szyngiera / fot. Bartek Barczyk / Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

TP: Jest chyba kilku reżyserów w Krakowie, którzy akurat to by potrafili… Mówi Pan o konieczności zerwania z polską mitologią. Że Polacy zbyt intensywnie żyją mitem. Zarazem jest Pan pomysłodawcą niezwykle głośnego spektaklu, który wręcz reklamuje się swoim współudziałem w tworzeniu polskiej mitologii. Myślę oczywiście o 1989… To Pan wymyślił promowane w 1989 pojęcie „pozytywnego mitu”.

KG: Nie, nie szło nam o żadne mity. To jest po prostu atrakcyjna opowieść o prawdziwych zdarzeniach. To się przecież naprawdę wydarzyło. I to było nasze największe zwycięstwo. Pierwszy raz – i właściwie jedyny – udało nam się jako społeczeństwu zebrać, dogadać i coś osiągnąć. Bez krwi czy heroicznych ofiar. Po prostu odzyskaliśmy kraj i siebie. Mówię o „pozytywnym micie”, bo chodzi o oddanie temu wydarzeniu miejsca w historii. W szkołach to nuda, sucha wzmianka na końcu podręcznika. Nie mamy nawet święta 4 czerwca. Czcimy Konstytucję 3 maja – piękną, ale natychmiast zabitą, natomiast 4 czerwca słabo funkcjonuje w wyobraźni zbiorowej.

Pracowaliśmy równolegle nad Dziadami i 1989. Dziady były diagnozą, a 1989 stało się receptą. Pokazało, że można. Że normalność nie jest utopią, choć kosztuje. I to zadziałało. Niektóre teksty ze spektaklu weszły do popkultury, ludzie je cytują. Spektakl przebił naszą teatralną bańkę – znają go nawet ci, którzy go nie widzieli. Wiedzą, co to jest Teatr im. Słowackiego i czym jest 1989. To naprawdę ogromne zwycięstwo całego zespołu i tej instytucji.

TP: Podobno pierwotnie Marcin Napiórkowski z Katarzyną Szyngierą chcieli robić spektakl o planie Balcerowicza. Pan powiedział, że to nie może być o planie Balcerowicza, tylko o „Solidarności” i musi się kończyć 4 czerwca.

KG: Marcin Napiórkowski nawet o tym pisał, bo to prawda. Pierwsze pomysły były takie, żeby wyjść poza 4 czerwca i opowiadać, co było dalej. Ja, choć byłem producentem, prawie się w scenariusz nie wtrącałem, podobnie jak Agata Grenda, współproducentka z Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Ale tu akurat stawiałem opór od początku. Wiedziałem, że to błąd. Powtarzałem twórcom: ma być pozytywny mit, kończymy w chwili triumfu. Bo co się potem wydarzyło, to każdy wie. Widz ma mieć własną refleksję, a nie podany komentarz. Oni wciąż wymyślali nowe wersje, a ja uparcie: błagam, nie – kończymy 4 czerwca, najwyżej 5, dzień po. Koniec. Pozytywny mit. Marcin „zemścił się” na mnie, pisząc piosenkę Pozytywny mit – na szczęście świetną. W końcu zgodzili się wszyscy. Kaśkę i Mirka łatwo było przekonać, Marcin najdłużej trzymał się swojej wersji, bo miał fajne pomysły na postacie, które ostatecznie w scenariuszu się nie pojawiły.

TP: Czyli?

KG: No na przykład bracia Kaczyńscy mieli być. Na szczęście powstał fenomenalny scenariusz, który trzyma się cudownej złotej zasady musicalu. Że kończymy w momencie triumfu czegoś pozytywnego, nawet jeśli widzowie wiedzą, że to może zaraz się załamać, wywrócić. My kończymy w chwili fiesty. Ten spektakl kończy się fiestą zwycięstwa.

TP: Chwilę przed finałem mamy jeszcze gorzką piosenkę Jacka Kuronia, że całe to poczucie zwycięstwa zaraz może okazać się złudą.

KG: Kuroń jest w 1989 Kasandrą. Ten ton też był tam potrzebny.

TP: Nie myśli Pan o sequelu? Może jednak da się opowiedzieć o Balcerowiczu?

KG: Wydaje mi się, że nie. Jasne, każdy producent miałby tę myśl. Ale ja nie jestem takim producentem. Może gdybym prywatnie to wyprodukował. Za własne pieniądze. I sam na tym zarabiał. Może wtedy bym tak myślał. Na szczęście jesteśmy instytucją publiczną i to nas trochę chroni przed pokusą monetyzowania wszystkiego. Bo to nie ma sensu. 1989 jest ewenementem i niech tak zostanie.

TP: Wyprodukował Pan jednak przed chwilą Antygonę w wersji rapowej. To nie była próba ponownego zdyskontowania sukcesu 1989?

KG: Wiem, że można tak o tym pomyśleć. Ale to zupełnie inny spektakl. Antygona ma niewiele z 1989.

TP: Mówi Pan: chcieliśmy opowiedzieć w 1989 o sukcesie, o tym, co się nam, Polkom i Polakom, naprawdę udało. Ale przecież to przedstawienie to fantazja. Danuta Wałęsa i Anna Walentynowicz tańczą na scenie wspólnie hip-hop, choć wiadomo, że w rzeczywistości raczej nie podałyby sobie ręki, przynajmniej od pewnego momentu.

KG: Ale to jest musical. Musical musi działać prostym, czytelnym przekazem, inaczej byłby nie do oglądania. To są piękne numery, ale też rodzaj bajki. Nie chcieliśmy wchodzić w to, kto kogo lubił czy nie. To nie było naszym zamiarem. Zamiarem było pokazanie, że wtedy wszyscy przez chwilę mieli jeden cel. Każdy był ważny. Dlatego nie miało sensu pomijanie takich osób jak Anna Walentynowicz. Co ważne, twórcy dotarli do wielu informacji, które pojawiają się tu po raz pierwszy, bo wcześniej nikogo nie interesowały. Wszyscy patrzyli na wielką politykę, a nie na to, co ludzie „Solidarności” jedli w więzieniu, jak byli traktowani, ile poświęcili prywatnie. A to są rzeczy, które ludzie oglądający telenowele naprawdę chłoną.

TP: Taki był cel: żeby spektakl dotarł do ludzi wychowanych na telenowelach?

KG: Uprościłem. Po prostu musi być ciekawa historia. Historia opowiadana w sposób podręcznikowy nigdy nie jest interesująca. Ludzi naprawdę nie interesuje, kto jaką bitwę wygrał, a kto przegrał. Ludzie chcą wiedzieć, dlaczego coś się wydarzyło. Napoleon pod Waterloo przegrał, bo poszedł zrobić siku w niewłaściwym momencie. To ludzi interesuje. My w ogóle niewłaściwie uczymy historii. Mnie zawsze ciekawi, co ci ludzie jedli, jak żyli, jakiej muzyki słuchali. A my cały czas się uczymy dat, wodzów, królów. Kogo to obchodzi? Dlatego wszyscy wszystko zapominają i potem łatwo tym manipulować.

TP: Świadomie lub mimowolnie wymyślił Pan pewną formułę spektaklu, która jest niebywale popularna w polskim teatrze. Musicale o wydarzeniach historycznych. Już chyba w każdym mieście, gdzie istnieje teatr, powstało takie przedstawienie.

KG: Cieszę się. Nie wiem, czy to się na dłużej przyjmie, ale może dobrze się stało. Jeżeli ludzi to interesuje, jeżeli możemy w ten sposób coś uprzystępnić, to może fajnie. I nie ja to wymyśliłem, ale Lin-Manuel Miranda, czyli twórca Hamiltona. Przecież myśmy się wzorowali na Hamiltonie. Wszystko zaczęło się od żartu rzuconego na bankiecie po jakiejś premierze przez Marcina Napiórkowskiego: zróbmy polskiego Hamiltona o 1989 roku. Wszyscy się zaśmiali. A ja poczekałem chwilę, bo musiałem to przemyśleć, ale potem szybko zacząłem działać. Bo to był genialny pomysł. I tak to powstało. Nikt w to nie wierzył. Może z wyjątkiem Agaty Grendy.

Dziady, reż. Maja Kleczewska / fot. Bartek Barczyk / Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

TP: Ponoć Donald Tusk był na 1989.

KG: Tak, przyszedł, rozmawialiśmy chwilę, chyba mu się podobało.

TP: Przed naszą rozmową sięgnąłem do książki Piotra Augustyniaka Wyspiański. Burzenie polskiego kościoła, która została opublikowana w 2019 roku i właściwie jest zapowiedzią Pana projektu powrotu do Wyspiańskiego, zwłaszcza do Wyzwolenia. Jest Pan tam nawet wymieniany we wstępie jako inspirator. Zaintrygował mnie fakt, że to bardzo symetrystyczna wizja. Augustyniakowi nie podoba się polskość narodowej prawicy, ale krytykuje też zachowawcze opowieści o „ciepłej wodzie w kranie”. Przywołuję to, bo dziś nie widzę w spektaklach Pańskiego teatru specjalnych chęci, by drażnić władzę, która z opowieści o ciepłej wodzie w kranie uczyniła główny element swojej narracji. Z aktualną władzą pracuje się lepiej niż z poprzednią?

KG: Mamy sytuację, która powinna być normą. Nasi organizatorzy zachowują się normalnie, my zachowujemy się normalnie. Nikt nikomu się nie wtrąca. Nie musimy się zgadzać we wszystkim – w poglądach, spojrzeniu na świat, czymkolwiek. Najważniejsze, że teatr artystycznie jest niezależny i działa. Nie zmieniliśmy kierunku. Wręcz przeciwnie – ten projekt pokazuje, że zamierzenia sprzed siedmiu lat są wciąż takie same. Nie porzuciliśmy tej idei, nie przerabialiśmy jej po drodze. Po prostu robiliśmy to, co od początku chcieliśmy zrobić.

TP: Nie ma Pan ochoty wierzgnąć?

KG: Ja jestem od robienia sztuki. Wierzganie… To wydaje mi się dość tanie. Zresztą wierzganie zawsze się przydarza. Czy się tego chce, czy nie. Po prostu ciągle robimy coś, co okazuje się niewygodne.

TP: Teatr im. Słowackiego jest od zeszłego roku współprowadzony przez MKiDN. To jest coś, czego Pan chciał?

KG: To z wielu względów lepsza sytuacja dla teatru. Jesteśmy ogromną instytucją, potrzebujemy większego budżetu i jako teatr publiczny naprawdę realizujemy swoją misję. Dlatego współprowadzenie przez Ministerstwo Kultury jest zupełnie naturalne – a nawet logiczne byłoby pełne prowadzenie przez ministerstwo. Szczerze mówiąc, dla mnie nie ma znaczenia, ilu mam organizatorów ani kto nimi jest. Liczy się to, że teatr może normalnie działać.

TP: Wybory za półtora roku. Nie boi się Pan?

KG: Moja kadencja też kończy się za półtora roku. Więc to już mnie nie dotyczy tak wprost. W sensie, że ja się tym jakoś specjalnie nie przejmuję.

TP: Nie będzie się Pan starał o kolejną kadencję?

KG: Nie wiem. Nie wszystko zależy ode mnie. Myślałem, że w ogóle będę tu krócej. Ale tak się złożyło, że musiałem zostać dłużej. Ale też nie zrobiłem wszystkiego, co zamierzałem zrobić.

TP: Czego Pan nie zrobił?

KG: Nie skończyłem wielkiego remontu. Jego większa część zostanie ukończona za mojej kadencji, ale nie domknę wszystkiego. Jestem w trakcie ogromnych inwestycji. Więc tego nie udało się dokończyć. To jest ta najważniejsza rzecz.

Wydaje mi się, że w wymiarze programowym zrobiłem tysiąc procent.

TP: A w wymiarze programowym?

KG: Wydaje mi się, że w wymiarze programowym zrobiłem tysiąc procent.

TP: Za Pana dyrekcji zmieniła się pozycja Teatru im. Słowackiego w lokalnym krajobrazie. Jak wiadomo, w Krakowie są dwa duże teatry. Nieodległe od siebie. W Starym Teatrze od niedawna jest nowy dyrektor artystyczny, Jakub Skrzywanek, który zaczął kadencję od Wyzwolenia w pewnym specyficznym ujęciu. Jak Pan odebrał ten gest?

KG: Pyta Pan o Zamach na Narodowy Stary Teatr? Bardzo podoba mi się ten spektakl. Naprawdę kibicuję temu teatrowi i bardzo ich wspieram. Mam nadzieję, że ta nowa dyrekcja, która działa już rok, otworzy Stary Teatr na nowo i przywróci mu dawną siłę. Bo ten teatr miał w ostatnich latach ogromnego pecha.

Cieszę się, że przetrwał, zwłaszcza że udało się uratować zespół, bo to świetni aktorzy – moi koledzy. Sam byłem aktorem Starego Teatru, tam zaczynałem pracę. Kiedyś to była najważniejsza scena w Polsce. Nie mówię, że teraz nie jest, ale był moment, kiedy naprawdę dominował. Miał swoją „złotą erę”, wielkich reżyserów „domowych”, którzy byli tam na etatach. A równocześnie to miejsce, w którym ja jestem dziś, było wtedy kompletnie zapomniane.

Ale to nie jest tak, że jeden teatr musi być „tym najlepszym”, a drugi ma być gorszy. To działa jak ulica z pięcioma świetnymi restauracjami – wszystkim to służy. To bez sensu, żeby była jedna dobra, a dziesięć słabych. Niech wzajemnie się nakręcają, niech rośnie koniunktura, niech ludzie chodzą, ciekawi, co dzieje się tu, a co tam.

TP: A ten pomysł, by zrobić spektakl wokół Wyzwolenia, kiedy było wiadomo, że Wy szykujecie się do swojej produkcji? Jak Pan to przyjął?

KG: Pomyślałem, że to próba nawiązania dyskusji. A może nawet promocja (śmiech). Stary zajmuje się czymś zupełnie innym niż my. Więc nie uruchomiły się we mnie emocje rywalizacyjne.

TP: Jak Pan rozumie tę różnicę między Słowakiem a Starym?

KG: Tak jak powiedział dyrektor Skrzywanek: oni się zajmują sprawami międzynarodowymi, a my bardziej narodowymi. No i u nas klasyka wciąż jest bardzo ważna, widoczna.

TP: Domknął Pan trylogię Wyspiańskiego. Co dalej? Proust? Musil?

KG: Byłoby fajnie. Nie wiem jeszcze.

TP: Cały czas Polska będzie najważniejszym tematem?

KG: Nie, nie, nie. Ten rozrachunek już się odbył. Wydaje mi się, że te przedstawienia będą istnieć jeszcze długi czas. Ta trylogia będzie cały czas pracować. Myślę, że to przekroczy moją dyrekcję.

Ja przede wszystkim nie chcę już być… Jak to Pan powiedział? Wzorcową ofiarą? Nigdy tego nie chciałem i nie chcę.

TP: Mówi Pan tak, jakby ona rzeczywiście dobiegała kresu.

KG: Może inaczej. Pewien etap tej dyrekcji dobiega kresu. Ja przede wszystkim nie chcę już być… Jak to Pan powiedział? Wzorcową ofiarą? Nigdy tego nie chciałem i nie chcę. Jestem Poznaniakiem. Trudno mi myśleć o sobie jako o ofierze. W ogóle nie mam takich potrzeb.

TP: Pochodzi Pan z Poznania? Nie wiedziałem, to bardzo ciekawe…

KG: Nikt w to nie wierzy. Wszyscy myślą, że jestem Krakusem od siedmiu pokoleń. Ale w tym poznańskim pochodzeniu jest coś istotnego: my nie jesteśmy od martyrologii, tylko od działania. I ja naprawdę nie mam w sobie potrzeby bycia „wzorcową ofiarą”. To mnie zawsze irytowało. Nie interesuje mnie rola męczennika ani czerpanie z tego jakichś benefitów. To, co mi się przydarzyło, to moje prywatne sprawy. Jaki był koszt – wiem tylko ja. Ale tego nie eksponuję, bo to nie ma sensu. Podjąłem decyzję, wiedziałem, na co się piszę. Dlatego najbardziej wkurza mnie, kiedy ktoś mówi, że coś temu „zawdzięczam”. Bo ja niczego nie zawdzięczam. Bez tego też bym to osiągnął.

Krzysztof Głuchowski – aktor, od 2016 roku dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Tomasz Plata

Doktor habilitowany, profesor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Kurator, autor książek, m.in. Pośmiertne życie romantyzmu (2017), Czułość nas rozszarpie (2024). Jako redaktor pracował m.in. w „Machinie”, „City Magazine”, „Filmie”, „Newsweeku”, „Art & Business”. Od stycznia 2025 roku redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”.