Wiek podstarościowy
Coś, co u Białoszewskiego było żywym zapisem doświadczenia i czasu – zainscenizowane w 2026 roku wydaje się konwencją powtórzoną już milion razy w serialach, wywiadach, felietonach, dowcipach i anegdotach – przez co zbanalizowaną. Na szczęście spektakl oferuje więcej niż jedynie „absurdy PRL”.
Dziwne, że na warszawskich scenach tak mało wystawia się Mirona Białoszewskiego. W pewnych kręgach to postać wciąż otoczona kultem, która wyprzedziła swój czas zainteresowaniami: obserwacją tego, co najbliższe, codzienne czy choćby fascynacją obszarami na styku miasta i „dzikiej” czy raczej ponownie dziczejącej przyrody – zarastającymi nieużytkami, miejscami na wpół zurbanizowanymi. Tym bardziej chciałem zobaczyć Chamowo w Teatrze Ateneum, adaptację dziennika pisarza z momentu przeniesienia się ze Śródmieścia na „nowszą” część Saskiej Kępy, do bloku przy ulicy Lizbońskiej, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Przypomniany tytuł, tym bardziej drażniący ucho po tak zwanym zwrocie ludowym, budzić może ciekawość – ale i obawy.
Spektakl Mikołaja Grabowskiego opiera się na prostych, sprawdzonych pomysłach. Piętrowa scenograficzna konstrukcja Zuzanny Markiewicz nawiązuje, rzecz jasna, do bloku, z jego intensywnym życiem między piętrami.
Grający pisarza Łukasz Lewandowski to najmocniejszy aktorski punkt przedstawienia. Ale pierwszoosobowym tekstem Białoszewskiego-kronikarza własnego życia mówią w przedstawieniu wszyscy – opowieść zostaje rozbita na wiele głosów. I choć na przykład zrobienie z przyjaciółki Białoszewskiego, poetki Jadwigi Stańczakowej (Dorota Nowakowska), postaci komicznej, rysowanej dość grubą kreską może irytować – i mnie irytuje – to, z drugiej strony, bohaterowie są tu tylko ucieleśnieniem wizji narratora, niewolnej od groteski czy przerysowania.
Jeśli u Białoszewskiego tak zwane „Chamowo” jest punktem wypadowym do wypraw do Anina, Siekierek czy Kawęczyna, do kreślenia alternatywnej topografii stolicy i okolic, to w teatralnej adaptacji Grabowskiego nowy dom pisarza funkcjonuje w relacji przede wszystkim ze Śródmieściem czy z Placem Dąbrowskiego. Na zasadzie kontrastu: centrum – peryferie, miasto – „radziecki” brzeg (jak określa dzisiejszą dzielnicę Praga-Południe autor Pamiętnika z powstania warszawskiego).
To przesunięcie akcentów zarazem nie zasłania innych warstw pisania Białoszewskiego: chociażby funkcjonowania we wspólnocie przyjaciół; znający mironologiczne uniwersum rozpoznają wśród postaci chociażby krytyka filmowego Tadeusza Sobolewskiego z żoną Anną, pojawia się także wspomnienie Jana Józefa Lipskiego czy Artura Sandauera. Ale to też historia stopniowego wchodzenia w starość (Białoszewski z Chamowa ma 54–55 lat i pisze o „wieku podstarościowym”). Napotykani przez pisarza jego starzy rodzice traktowani są z pewną rezerwą. Wreszcie, jest w tym wszystkim także muzyka – barwnie opisywani przez Białoszewskiego Bach czy Händel, słuchani w bloku z wielkiej płyty, wprowadzający harmonię w chaosie.

Momentami Grabowski trochę na skróty oddaje koloryt epoki. I nie chodzi tu o pokazywane na scenie kroniki filmowe z budowy osiedli w PRL, które zestarzały się zaskakująco dobrze. Mam na myśli raczej satyryczne sceny, jak ta z trajkoczącymi urzędniczkami piętrzącymi problemy z meldunkiem, trącące humorem „jak z Barei” i rytualnymi opowieściami o „absurdach PRL-u”. Coś, co u Białoszewskiego było żywym zapisem doświadczenia i czasu – zainscenizowane w 2026 roku wydaje się konwencją powtórzoną w międzyczasie milion razy w serialach, wywiadach, felietonach, dowcipach i anegdotach – przez co zbanalizowaną.
Jednocześnie, patrząc na te sceny, myślę sobie, że przecież zupełnie tak samo „brak książeczki wojskowej” okazał się problemem, gdy wymeldowywałem się z rodzinnego mieszkania w 2012 roku. A izolacja akustyczna we współczesnej deweloperce też zostawia wiele do życzenia. W porównaniu z dzisiejszymi peryferyjnymi, tandetnymi, a i tak drogimi osiedlami łanowymi niegdyś pogardliwie przezywane „Chamowo” to przecież całkiem porządna urbanistyka, i to prawie w centrum miasta.
Na szczęście spektakl oferuje więcej niż jedynie „absurdy PRL”. Jak choćby piękna scena, w której Białoszewski wygląda przez okno i śledzi codzienność sąsiadów – z wnikliwością, może nieco perwersyjną fascynacją i ekscytacją, ale zarazem poetyckim rozmachem. Grabowski nabudowuje ciągłość tej poezji codzienności w ostatniej, dopisanej scenie, w której na siatkę lokalizacji z książki Białoszewskiego rzuca podawane przez aktorów współczesne skojarzenia, miejsca oswojone: bazarki, knajpę na Egipskiej. Ten drobiazg rymuje się jakoś z osobliwą pochwałą życia, w jego skomplikowaniu i niedoskonałości, które wyczytać można z tego teatralnego powrotu pisarza.