Jestem złodziejem
MŁODE OSOBY AKTORSKIE. – Ciągle wymyślam sobie sidequesty. Ciągle mam jakąś nową zajawę, co mnie na niej maksymalnie fokusuje – o życiu po sukcesie w serialu (1670), filmie (LARP) i teatrze (TRZASK PRASK) opowiada Filip Zaręba.
ADRIANNA WOLIŃSKA: Co młodych mężczyzn urzeka w aktorstwie?
FILIP ZARĘBA: Cholera, ja myślę, że każdy młody mężczyzna to jest jednak inna bajka. Mnie urzeka jakaś forma zabawy, bo duszę się, kiedy nie mogę sobie pozwolić na zabawę w mojej roli. To jest potrzeba jakiegoś dziecięcego, beztroskiego zanurzenia się w świat, który jest wymyślony i pozwala na chwilę zapomnieć o rzeczach, których nie potrafię rozwiązać w życiu prywatnym. Chociaż kiedy zagrałem w szkole teatralnej jedną z pierwszych mocnych scen, to „rozwaliłem się”, nie dlatego, że ja sobie coś schizofrenicznie wrzuciłem, tylko moja koleżanka aktorka złapała mnie za dłoń w taki sposób, jak ja byłem złapany w podobnej sytuacji życiowej, trudnej konfrontacji damsko-męskiej. I to pokazało mi, że nie ma do końca ucieczki od bycia sobą w roli. To też aspekt terapeutyczny grania: że i ja wchodząc w różne stany, mogę w tym zdeponować swoje emocje, lęki, ale może mogę też komuś coś tym dać. Mam teraz w spektaklu taki moment rozmowy z samym sobą. Bohater rozmawia ze swoim wewnętrznym Potworem i mówi: „Ale przecież ja chciałem coś zmienić”, a Potwór odpowiada: „Wiem, wiem, że chciałeś, i prawie ci się udało. Prawie. Ale wiesz co? Jestem z ciebie bardzo dumny”. To ostatnie zdanie dodałem sobie sam do tekstu, bo wydało mi się ważne.
AW: Ale to zaprowadziło Cię na studia aktorskie? Czy to było coś zupełnie innego?
FZ: Na początku to był Leonardo DiCaprio, którego zobaczyłem po raz pierwszy w Titanicu. Najpierw na Polsacie widziałem tylko, jak statek się rozpieprza, a potem obejrzałem cały film od dechy do dechy. Stwierdziłem, że będę jak Leonardo DiCaprio, wyprostuję sobie włosy, obejrzę wszystkie filmy z nim. To mnie trochę zajawiło na tworzenie. Zacząłem wtedy nagrywać swoje pierwsze filmy amatorskie, pisać piosenki i generalnie zobaczyłem w twórczości coś, co mnie po prostu jara, robienie czegoś z niczego, o sobie, ale też z jakimś przesłaniem do świata, na które nie mam odwagi na co dzień. W liceum wśród moich przyjaciół należałem raczej do tych mniej konfrontacyjnych. Oni bez krępacji mówili, co czują, a ja jakoś nie wiedziałem, jaki mam być. No więc stwierdziłem, że będę mógł być każdym jako aktor, a jednocześnie będę sobą, bo nikt mi nie będzie mówił, jaki ja mam być, no poza reżyserem (śmiech).
Stwierdziłem, że będę jak Leonardo DiCaprio, wyprostuję sobie włosy, obejrzę wszystkie filmy z nim. To mnie trochę zajawiło na tworzenie.
AW: Chodzisz jeszcze do teatru?
FZ: Chodzę.
AW: Masz na to czas?
FZ: No kurde, coraz mniej mam czasu, bo coraz więcej rzeczy chcę robić. W tym roku mam w TR Warszawa zaplanowane dwie premiery teatralne: debiut Julii Nowak i spektakl Weroniki Szczawińskiej, oprócz tego serial i będę też koncertować jako Stjopa z moimi przyjaciółmi. Stjopa to mój pseudonim artystyczny i ksywa w moim rodzinnym mieście. Marzę, żeby nakręcić swój profesjonalny, jakoś-budżetowy, krótkometrażowy film. Więc działam wielotorowo, ale dzięki temu nie mam pretensji do żadnej z tych dziedzin. Bo choć wygrałem casting do roli w 1670, to przegrałem mnóstwo castingów do innych super rzeczy. Coś tam gdzieś mi się nie udało w życiu, coś mi się nie powiodło, to napiszę o tym piosenkę. Dam temu jakieś artystyczne ujście. Wiadomo, nie rozwiążę tak wszystkich problemów, ale mogę dzięki temu jakoś sobie poradzić z tym, zamiast po prostu siedzieć w kącie i kminić nad tym, że zjebałem.
AW: No ale jednak sporo Ci się udało w minionym roku. Fajna jest ta rosnąca popularność?
FZ: Myślę, że nie jestem jeszcze aż tak popularny. Zwłaszcza jak nie mam wąsa.
AW: Na TikToku jest dużo editów z Tobą.
FZ: Tak, są edity ze mną. Ja się z tym czuję wspaniale. To jest jakieś niezwykłe, bo przecież oglądałem takie filmiki z Leonardem DiCaprio i zawsze chciałem, żeby ktoś zrobił taki o mnie. Jest mi bardzo miło, że ktoś się tą rolą w 1670 zachwycił, mimo tego, że była to praca bardzo stresująca i trudna, bo grałem w ramach zastępstwa. Ale gdy ktoś mnie rozpoznaje na ulicy, staram się być po prostu miły. Ja lubię ludzi, bo ludzie mnie tworzą – jako człowieka, ale też jako aktora. Bardzo dużo obserwuję. Jestem złodziejem. Poznałem też część osób, które robiły te tiktoki. Jest coś takiego jak kanał fanów i fanek 1670 i osobny mojej twórczości na Discordzie. Ta kilkunastuosobowa ekipa ostatnio zaprosiła mnie na piwo po spektaklu. Dostałem od nich prezenty urodzinowe, np. ręcznie malowaną figurkę Stanisława, bransoletki z koralikami z tekstami ze spektakli, w których grałem: „Bakerman” z pieśni piekarzy polskich, „Życie to nie Notting Hill” z TRZASK PRASK…
Dostaję niemoralne propozycje w DM-ach, ale nie korzystam z nich. Myślę, że czasami wystarczająco niemoralnie żyję.
AW: A masz psychofanki?
FZ: Nie wiem, dostaję niemoralne propozycje w DM-ach, ale nie korzystam z nich. Myślę, że czasami wystarczająco niemoralnie żyję. Ale wracając do spotkania z fanami, było to mega miłe. Te osoby słuchają mojej muzyki, chociaż robię ją głównie dla siebie, nie jestem w żadnej wytwórni. Oni znali moje piosenki na pamięć. Oglądali też moje filmy, które nakręciłem jeszcze w liceum i na studiach. No i tak to się, kurde, kręci. Jedynie czasu mam mało, tylko dwadzieścia cztery godziny dziennie.
AW: I w tym wszystkim jeszcze piszesz magisterkę. O czym?
FZ: Tytuł to Portret artysty z pokolenia Z. Dylematy portretu sztucznego. Ale tak naprawdę to taka antysystemowa praca, która porusza problem mojego braku czasu, żeby dokonać jakiejś naukowej dywagacji czy badania. Mam etat w teatrze, gram w filmie, gram w serialu, robię swoją muzę. Z przyjaciółmi robimy też swoje performanse. Mogę tworzyć na coraz to szerszych polach, ale, kurde, im dalej w las, tym bardziej mnie wszystko przeraża. Przerażają mnie możliwości.
AW: Czego się boisz?
FZ: Tego, że w pewnym momencie wyłączy mi się zasilanie, bo za dużo na siebie wezmę. Albo za wiele zapragnę.
AW: O swoją przyszłość w zawodzie jesteś spokojny?
FZ: Na razie tak, na pewno mam super start. No ale nie wiem, czy mi to teraz nie doczepi łatki aktora komediowego. Że jestem taki zawadiacki i nic poza tym. Ale wiesz co? Oczywiście mogę się nad tym zastanawiać i nie spać przez to pół nocy, ale gdy się obudzę, wpadnie mi pomysł na nowy film. Ja po prostu ciągle marzę. I wiesz, myślę, że te marzenia też jakoś napędzają to wszystko, co dzieje się w moim życiu. Napisałem w tym roku zajebisty scenariusz musicalu na konkurs „Ziemia obiecana” w TVP. Dwanaście scenariuszy otrzymywało po 250 koła na realizację. To miał być film w stylu Tima Burtona, ale z emocjonalnością bohaterów Martina Scorsese. Nazwałem go Serdusko i miał opowiadać o góralu-fryzjerze-sierocie, który jest zakochany w córce swojego ojca chrzestnego, erotomana z patodeweloperskiej rodziny, którego żona jest alkoholiczką wypierającą wszystko. Ale jestem głupkiem, bo nie wymierzyłem sił na zamiary. Filmy miały mieć maksymalnie czterdzieści minut, a ja napisałem trzydziestosiedmiostronicowy scenariusz z pięcioma piosenkami. No i wiadomo, było mi smutno, bo byłem już w finałowym etapie, miałem pięćdziesiąt procent szans. Zaplanowałem aktorów i aktorki, których obsadzę w głównych rolach. No ale cóż… los chciał, żebym to zrobił za parę lat za pięć milionów (śmiech). Myślę, że za dwa lata wejdziemy na plan. Więc ogłaszam, że potrzebuję pięciu milionów na komediodramat, musical, który się dzieje na Podhalu.

AW: A wracając do łatki aktora komediowego. Trochę nie sposób Ci to zarzucić po obejrzeniu TRZASK PRASK z TR Warszawa. Grasz tam Bohatera pogrążonego w depresji. Jak przygotowywałeś się do tej roli?
FZ: To było dla mnie ogromne wyzwanie, bo scenariusz zakładał, że przez trzy czwarte tego spektaklu Bohater nie będzie się odzywał, żeby dopiero na koniec się odkryć. Ale jak ja się do tego przygotowywałem? Analizowałem sobie, jak bardzo intensywnie ja sam i moi znajomi potrafimy dopierdalać się do siebie i jednocześnie siebie kochać. Sporo pracowałem nad tym monologiem. Po prostu gadałem nim sam do siebie i szukałem w tym pewnej czułości dla swojego wnętrza… Kurde… nie wiem, może teraz w ogóle pierdolę, ja po prostu wychodzę i to mówię.
Na początku w rolę Potwora, z którym kłóci się Bohater, wcielał się Damian Sosnowski. Na zmianę z Damianem szarpaliśmy się i wtulaliśmy w siebie. W trakcie prób uznaliśmy, że to będzie bardziej dotkliwe, gdy zagram to sam, mieszcząc w sobie obie te postaci.
AW: Więc ostatecznie szarpiesz się z kanapą. Potrzebny Ci dyplom AST, skoro i tak pracujesz w zawodzie?
FZ: Kocham tę szkołę i chcę być jej dumnym absolwentem. Chcę być „po Krakowie” i chciałbym też kiedyś w niej uczyć. Od dwóch semestrów, zamiast pisać magisterkę, jestem asystentem na zajęciach ze scen współczesnych.
AW: Może będziesz kiedyś dyrektorem teatru?
FZ: Oj, nie. Myślę, że w większości przypadków władza negatywnie wpływa na miłość do tego, co robimy. Pytałem o to kiedyś mojego ojca, który jest nauczycielem WF-u. Jest bardzo dobrze wspominany przez swoich absolwentów i uczniowie go kochają. Poleca im filmy, wymyśla ksywki, też jest takim wariatem zainteresowanym kulturą. Zapytałem: „Tato, czemu ty nie możesz zostać dyrektorem tej szkoły? Byłbyś mistrzem”. A on mi odpowiedział, że nie chce, bo musiałby być skurwysynem, a nie chce nim być. No i to są właśnie te dylematy. Mnie z kolei mój milion-zajawkowy tryb życia uniemożliwia zbudowanie stałej relacji romantycznej.
AW: Dlaczego?
FZ: Bo ciągle wymyślam sobie sidequesty. Ciągle mam jakąś nową zajawę, co mnie na niej maksymalnie fokusuje. Przez co po prostu czuję, że zaniedbywałbym taką relację, która wymaga oddania. Chociaż chciałbym założyć rodzinę. Chciałbym mieć córkę Alicję.
AW: Dlaczego akurat Alicję?
FZ: Bo tak miała na imię pierwsza dziewczyna, w której się podkochiwałem. Lubię tak insajdować, robić takie fanserwisy. Jak zaprosiłem moich przyjaciół na ostatni egzamin, to poprosiłem pedagoga, który w jednej scenie czytał ogłoszenie radiowe, żeby powiedział, że coś się działo na ulicy Siewnej, bo tam wtedy mieszkaliśmy. Bardzo zależy mi na ludziach. Kocham ich, ale chciałbym mieć dla nich tyle czasu, ile bym chciał. Nie zawsze mam. Jestem też katolikiem, który na swój sposób interpretuje Pismo Święte. Może ktoś nazwie mnie teraz jakimś odłamowcem, ale dla mnie tam w ogóle nie chodzi o symbolikę, rytuały, tradycje. Dla mnie tam chodzi o drugiego człowieka.
AW: Może przyjdzie lepszy moment na życie prywatne?
FZ: Może. Albo, tak jak mówię, odetnie mi zasilanie.