Kawałki z „Lalki”
Z czym tu na koniec zostajemy? Z sugestią, by nie ufać mieszczanom, ci bowiem zainteresowani są tylko zyskiem? Trochę mało. Lalka w Dramatycznym rozczarowuje.
Przed premierą można było mieć różne fantazje. Choćby taką, że reżyser Mikita Iłynczyk i dramaturg Goran Injac wzięli się za Lalkę, bo rzeczywiście ich zainteresowała. To wcale nie brzmiało nierealnie: spektakl traktujący Prusa poważnie, pracujący z tym, co naprawdę da się w jego powieści znaleźć – np. odsłaniający w niej zapis tożsamościowych kłopotów klasy średniej, uwięzionej między marzeniem o awansie do warstw wyższych a doświadczeniem bliskości z klasą ludową. Opada przecież właśnie fala chłopomanii w polskiej kulturze, może więc faktycznie warto byłoby spojrzeć na statusowe lęki mieszczaństwa z innej strony. Ale nic z tego. Marzenia marzeniami, a realia realiami. Iłynczyk z Injacem poszli w innym kierunku.
Akcja spektaklu rozgrywa się trochę w XIX wieku, ale znacznie bardziej w nieodległej przyszłości. Warszawa znów jest stolicą zachodniej guberni imperium moskiewskiego. Była wojna, Polska najwyraźniej ją przegrała. Zresztą kolejna wojna ma zaraz wybuchnąć, tym razem pod rosyjskim butem może znaleźć się cała Europa, bo – jak jesteśmy informowani – „Europa nie ma Napoleona”, czyli pozbawiony przywództwa kontynent nie jest w stanie oprzeć się przemocy ze Wschodu. Owo hasło – wypowiadane i wyświetlane – to bodaj jedyny w przedstawieniu ślad napoleońskiej manii Rzeckiego. Wokulski (Marcin Bosak) wraca z frontu ze znacznym majątkiem, jednak nie jako kupiec, ale jako ktoś w rodzaju gangstera, łudząco podobny do bohaterów Peaky Blinders. Jeśli komuś analogiczny zabieg spodobał się np. w Hamlecie Jana Englerta w Teatrze Narodowym (gdzie gangsterski był dwór Klaudiusza), to tu będzie miał miłą powtórkę z rozrywki. Z kolei Łęcka (Marta Ojrzyńska) nie jest bezproduktywną arystokratką, ale przedstawicielką obumierającej liberalnej elity, specjalistką od sztuki współczesnej. Po raz pierwszy spotykamy ją, gdy w galerii (scenografia Justyny Elminowskiej to zabawne nawiązanie do architektury bezpośrednio sąsiadującego z Teatrem Dramatycznym MSN-u) tłumaczy grupie zdezorientowanych kobiet sens podwieszonej pod sufitem rzeźby, odwołując się przy tym do teorii feminizmu intersekcjonalnego.
Trudno orzec, co Wokulski widzi w Łęckiej. To miłość? Nie sposób w to uwierzyć. Emocja, która jest fundamentalna u Prusa, tu właściwie się nie pojawia. Rozumiemy, że Łęcka jako wykształcona mieszczka z połowy XXI wieku przeczytała całą klasykę poststrukturalizmu (mówi się o tym wprost), więc nie może uprawiać standardowego salonowego flirtu. Ale jak mamy zrozumieć Wokulskiego, który z bukietem kwiatów pada przed Łęcką na kolana? O co mu chodzi? Do czego Izabela jest mu potrzebna? Dlaczego wywołuje w nim takie pożądanie? Jeden dialog, w którym pojawia się pojęcie jouissance, tłumaczone jako bolesna przyjemność, to trochę za mało, by motywacje bohaterów stały się jaśniejsze. Zresztą ilu widzów rozpozna nawiązanie do Jacquesʼa Lacana i dzięki temu lepiej pojmie tego nowego Wokulskiego?
Dotychczas Iłynczyk znany był u nas przede wszystkim jako autor (bardziej jako dramatopisarz niż reżyser) prowokacyjnych dystopii zapowiadających niewesołą przyszłość Europy skonfrontowanej z kryzysem migracyjnym. Motyw upadającej Europy wraca w Lalce, tym razem jednak widzimy nie tylko to, co ginie, odchodzi do przeszłości, ale też to, co rośnie. Czyli Rosję. Problem w tym, że to portret stereotypowy. Rosja ma w spektaklu twarz Suzina (Mariusz Drężek), biznesowego partnera Wokulskiego. To połączenie staroruskiego świętego z noworuskim milionerem, brutal marzący o seksie z nastolatkami, jednocześnie człowiek z wizją, bez zahamowań dążący do swego. W sumie ktoś podobny do kniazia Potiomkina z niedawnych Termopil polskich Jana Klaty z Narodowego. Przyznam, rośnie we mnie opór przeciwko tak rysowanym sylwetkom bohaterów ze Wschodu. Polski teatr z jakiegoś powodu potrafi dostrzec w Rosji wyłącznie sprawną i zdeterminowaną potęgę. Kiedy zobaczymy spektakl, który pokaże Rosję bardziej realistycznie: jako twór w rozkładzie, stację benzynową przebraną za państwo – jak to ujął niegdyś pewien znany polityk?
Do straszenia Rosją służy Iłynczkowi również jego własna babcia. Napis wyświetlony na początku nad sceną informuje, że w spektaklu wykorzystano wspomnienia babci reżysera, która żyła w Nowogródku – do 1939 roku jako Polka, po wojnie już jako obywatelka ZSRR. W papierach pozostawionych przez babcię Iłynczyk znalazł dwa tomy Lalki – ze śladami intensywnej lektury. Od tego zaczyna się akcja przedstawienia: do Rzeckiego (Piotr Siwkiewicz) przychodzi starsza kobieta w czerni, w programie określona jako Widmo (Małgorzata Niemirska), która chce sprzedać stare egzemplarze powieści. Potem postać Niemirskiej staje się kimś w rodzaju Kasandry, która przepowiada nieuchronne zwycięstwo nagiej, bezwzględnej przemocy ze Wschodu.

Ofiarą tej przemocy w pierwszej kolejności padają oczywiście kobiety. Bodaj najwyraźniej widać to w sekwencjach z początku drugiego aktu: to teatr w teatrze, mężczyźni (z Suzinem w centrum) zasiadają na widowni, kobiety zaś na scenie pokazują swój dramat. Otrzymujemy luźną adaptację powieściowego wątku procesu o lalkę. Wreszcie uruchomione zostają jakieś wiarygodne emocje, to najlepszy aktorsko fragment przedstawienia, głównie za sprawą Katarzyny Herman w roli baronowej Krzeszowskiej i Małgorzaty Witkowskiej w roli Stawskiej (Witkowska gra w dublurze z Anną Gajewską, na premierze widzieliśmy pierwszą z nich). Rozumiemy intencje twórców, którzy bez wątpienia chcą uchodzić za feministów i śmiało wyruszają w poszukiwaniu mizoginistycznej opresji ukrytej między wierszami oryginału Prusa. Problem w tym, że ten zamiar byłby bardziej wiarygodny, gdyby zrezygnowali z jednego nadmiarowego gestu: otóż kobiecy występ zapowiada Łęcka, mówiąc, że zaraz zobaczymy „kobiecy kolektyw”. Czy to gest solidarności wobec innego kolektywu, który na tej samej scenie doświadczył nie tak dawno niełatwych przeżyć? Czy jednak ironiczny żarcik? Chyba raczej to drugie, tym bardziej że kwestię wypowiada aktorka, o której wiadomo, że nie wspomina kobiecego kolektywu w Dramatycznym z przesadnym sentymentem.
Może to najlepszy przykład, z jakim teatrem mamy tutaj do czynienia: gdy już coś staje się w nim w miarę jasne czy wręcz intrygujące, natychmiast się rozpada, zostaje unieważnione jeszcze w tej samej scenie albo kolejnej. Najwyraźniej Iłynczyk i Injac – tak samo jak ich Łęcka – przeczytali poststrukturalistów i idą tym samym tropem: ironizują, podważają, drążą w poszukiwaniu nieujawnionych wcześniej intencji tekstu. Tyle że to kosztowna strategia: spektakl przeobraża się w ciąg luźno powiązanych epizodów, jest reżyserowany od sceny do sceny, nie proponuje żadnej spójnej interpretacji prusowskiego klasyka. Bo właściwie z czym na koniec zostajemy? Z sugestią, aby nie ufać mieszczanom, ci bowiem zainteresowani są tylko zyskiem, sprzedadzą więc każdego i każdą bez chwili zastanowienia? Klata przed momentem w Narodowym proponował podobną myśl, gen zdrady dostrzegając nie tyle u mieszczan, ile szerzej – u liberałów. Już wówczas wydawało się, że to rozpoznanie błahe, niepoważne.
Klacie można było wybaczyć, bo dawał widzowi znaczną ilość scenicznych atrakcji: dobrze ustawionych scen, ciekawych, spełnionych ról. Iłynczyk w tej konkurencji nie wypada najlepiej. Lalka to dość typowy produkt nowej dyrekcji Teatru Dramatycznego. Momentami można mieć wrażenie, że to nie Iłynczyk reżyseruje, ale dyrektor Wojciech Faruga (reżyserował zresztą Lalkę dekadę temu w Powszechnym, bez wielkiego powodzenia). Lalka operuje tym samym zestawem środków (i w konsekwencji wpada na te same mielizny), co autorskie spektakle Farugi z ostatniego czasu, zwłaszcza niedawne Anioły w Warszawie: podobna elegancka i monumentalna scenografia kręci się na obrotówce w równie usypiający sposób, równie niespiesznie mówią i poruszają się aktorzy, gdzieś w środku akcji pojawia się nawet zapomniany hit z lat osiemdziesiątych (tym razem Maria Magdalena Sandry). Brakuje tylko tego, co stało się znakiem rozpoznawczym Aniołów…, czyli postaci, które mówią, co aktualnie robią lub myślą. Trochę szkoda, bo powtórzenie tamtego zabiegu pomogłoby widzom Lalki zorientować się w intencjach i bohaterów, i autorów.
Mówiąc krótko, wygląda na to, że ktoś w Dramatycznym nie mógł się powstrzymać przed skądinąd zrozumiałą myślą: skoro polski biznes artystyczny wkłada tyle pieniędzy w marketing produktu pod nazwą „Lalka”, skoro pół Polski czeka na dwie nadchodzące ekranizacje powieści, to grzechem byłoby nie skorzystać z okazji. Więcej Lalki? Jasne. Publiczność wytrzyma.