(Nie)istnienie
Mateusz Pakuła sięga po powieść Macieja Miłkowskiego z ambicją na stworzenie teatralnych Dwunastu gniewnych ludzi. Kończy się jednak na argumentacyjnym ping-pongu z ustalonym wcześniej wynikiem.
„Boga nie ma” – stanowcza, wypowiedziana z nonszalancją deklaracja tytułowego Sulta otwiera zarówno legnicki spektakl, jak i powieść Macieja Miłkowskiego, na której go oparto. Pawłowi Palcatowi rola narcystycznego profesora filozofii pasuje równie dobrze, jak elegancki garnitur, w który jest ubrany. Sult to ekspert powołany przez panią minister, która z mieszaniną irytacji i urzędniczego pragmatyzmu streszcza mu sytuację: jeden z parafian zażądał od Kościoła zwrotu pieniędzy, które przez dziesięciolecia kładł na tacę, a znalazł prawnika na tyle sprytnego, by wymóc na sądzie orzeczenie w kwestii, czy Bóg istnieje. Decyzja może stać się precedensem, który zachwieje kruchą równowagą dotychczasowego współistnienia Kościoła i państwa.
Sult, aby rozwikłać problem (choć sam już zna odpowiedź), decyduje się na powołanie siedmioosobowej komisji, której sam przewodniczy. W jej skład wchodzą: ksiądz i profesor fizyki Adam Konarski (Łukasz Kucharzewski), popularna młoda reżyserka (Aleksandra Listwan), lekarka z hospicjum dla dorosłych (Zuza Motorniuk), psycholog i psychoterapeuta (Mateusz Krzyk), ekscentryczny pisarz (Bartosz Bulanda) oraz losowo wybrany „przeciętny Kowalski” (Jakub Stefaniak). Każda z postaci nosi ślad indywidualności, ale funkcjonują one głównie jako figury społeczne, zarysowane grubą, ocierającą się o karykaturę kreską.
Wiemy, co lubią pić (wodę, colę, herbatę w porcelanowej filiżance, sączoną przez metalową słomkę yerba mate), ale nie wiemy, co myślą, co czują i czego się boją. Bohaterowie odsłaniają się tylko w choreograficznych solach przygotowanych przez Dominikę Wiak do piosenek Metronomy, brytyjskiej grupy grającej electropop. Tajemnicą pozostaje także sam Sult – jego motywacje i biografia zaledwie majaczą w tle. Paradoksalnie o nim i o całym gremium więcej dowiemy się z wyjątkowo obszernego programu do przedstawienia niż ze scenicznych działań i dialogów.
A przecież ten „filozoficzny thriller” miał potencjał Dwunastu gniewnych ludzi Sidneya Lumeta, do której to inspiracji reżyser, Mateusz Pakuła, chętnie się przyznaje. Spektakl miał przedstawiać konflikt temperamentów i światopoglądów. Tymczasem iskrzy głównie między Księdzem, usiłującym demonstrować otwartość i tolerancję, a pajacującym Pisarzem. Niekiedy rzeczywiście bywa zabawnie, jednak – w przeciwieństwie do filmu – postaci nie przechodzą tu żadnej wyraźniejszej przemiany, a wątek kryminalny, który mógłby nadać opowieści dodatkową ramę i ciężar, pozostaje poboczny i zepchnięty na sam koniec.

Umowna jest też przestrzeń akcji. Scenografia Justyny Elminowskiej przywodzi na myśl prowincjonalne Centrum Aktywności Lokalnej, w którym z braku miejsca i środków pod jednym dachem mieszczą się: studio baletowe z charakterystycznym drążkiem przy ścianie, sala do mniej wyszukanych tańców oraz strefa tenisa stołowego. Dwa stoły do gry wkrótce zostają zsunięte, a siatki zwinięte – tak powstaje miejsce obrad komisji. Z tyłu sceny widać okno z widokiem na legnickie podwórko przy Scenie na Piekarach.
Spektakl rozpisany jest na sześć sesji, podczas których komisja żongluje dowodami za istnieniem Boga i przeciw, a także rozważa pozytywne i negatywne konsekwencje ekspansji chrześcijaństwa. Przywołane zostają m.in.: dowód ontologiczny Anzelma z Canterbury, dawno już zakwestionowany przez Kanta, dowód od Pierwszego Poruszyciela, który św. Tomasz z Akwinu przejmuje od Arystotelesa, zakład Pascala, a nawet słynne zawołanie Tertuliana: „wierzę, bo to absurdalne”. Po drugiej stronie pojawia się z kolei porcelanowy czajniczek Russella, zasada Hume’a i wreszcie Holokaust.
Kiedy twórcy sięgają po wielkie nazwiska i podstawowe pojęcia z zakresu filozofii, spektakl spełnia funkcję edukacyjną, ale przy takim tempie i natłoku odniesień kolejne idee sprowadzane są do kilku zdań skrótowego omówienia i w efekcie zlewają się z bon motami pokroju „Gagarin był w kosmosie, ale Boga nie widział”. Nieustannie wymyka się to, co w tym sporze najistotniejsze: żywe doświadczenie sacrum i przerażenie pustką świata. Tego rodzaju podejście wybrzmiewa tylko raz, gdy Sult mówi o pięknie jako możliwej sferze kontaktu z Absolutem – jakkolwiek by go sobie wyobrażać.
System Sulta (2019), jedyna jak dotąd powieść Miłkowskiego, wydawał się znakomitym materiałem na teatr, jaki Pakuła z godną pochwały konsekwencją uprawia od lat. Łukasz Czuj, nowy dyrektor Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, miał więc dobrą intuicję, by właśnie tą premierą otworzyć sezon. Zawiedzie się jednak ten, kto liczył na przedstawienie, które naprawdę „namiesza” w wyobraźni religijnej. System… Pakuły nie ma siły, by zachwiać czyjąkolwiek wiarą lub niewiarą. Niektórzy widzowie mogą odebrać przedstawienie jako efektownie opakowaną powtórkę z filozofii religii, doprawioną humorem i popkulturowymi odniesieniami. Inni, życzliwsi, docenią fakt, że w centrum spektaklu znajduje się sensowna, wielogłosowa dyskusja. W czasach, gdy rzadko dochodzi do rzeczywistej wymiany zdań na tematy trudne i budzące kontrowersje, taki gest trudno zbagatelizować. A Bóg? Bóg nadal trwa w swoim (nie)istnieniu.