Obnażenie

Obnażenie
STORM, chor. Paweł Sakowicz / fot. Pat Mic / Pawilon tańca
W STORM punktem wyjściowym jest ruch bioder. Sakowicz zaczyna tańczyć w kącie sali, delikatnie nimi poruszając, w rytm cicho pulsującej muzyki. Ta staje się głośniejsza, reflektory świecą intensywniej, a biodra zataczają coraz szersze koła. Artysta nie patrzy na widzów, wzrok ma spuszczony, jakby się wstydził.

To nie pierwszy raz, gdy osobiste przeżycia stanowią podłoże prac Pawła Sakowicza, zawsze jednak jest to – mniej lub bardziej – zakamuflowane. Tak jak układ nerwowy łączy mózg z ciałem za pomocą impulsów elektrycznych, tak prywatne tematy oplatające choreografie artysty czasem nagle rozbłyskują. Czuje się to, nawet gdy się tego nie rozumie.

Sakowicz woli, by dzieła mówiły za niego; oglądanie jego choreografii jest zatem spotkaniem dwóch wrażliwości – artysty i odbiorcy. Znaki wytwarza artysta, ale ich znaczenia rodzą się w patrzącym. I czasem mogą być to sensy dalece odległe od tego, z czym pracował autor. Jedna z widzek w trakcie spotkania po premierze STORM opowiadała o swoim odczytaniu spektaklu przez temat płodności, co nie jest skojarzeniem pozbawionym sensu, choć nie przyszłoby mi do głowy.

Sakowicz jest także artystą konsekwentnym i pracowitym. Tworzy prace pokazywane w galeriach i teatrach, pracuje jako choreograf z reżyserami teatralnymi, jest osobą znaną na polskiej scenie sztuk performatywnych, ale działa nie tylko w Polsce, także w Litwie czy w Czechach. Inspirację dla jego choreografii może stanowić jedno zagadnienie, technika czy ruch (np. wirtuozeria w Total, skok w Jumpcore, tańce latynoamerykańskie w Masakrze, balet romantyczny w Dramie, pantomima w Amando, czy walc w Imperial). Stanowią one tyleż temat, co budulec choreograficzny, z którego potem, niczym kłącze, rozrasta się choreografia, zagarniając po drodze jeszcze wiele innych aspektów. W najgorszych wypadkach przypomina to szkolne wypracowanie, w najlepszych – właśnie wtedy, gdy zderzy się z czymś osobistym, z tym, co ukryte – stanowi przeżycie dla odbiorców, silnie angażujące, zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie.

W STORM punktem wyjściowym rzeczywiście jest ruch bioder. Sakowicz zaczyna tańczyć w kącie sali, delikatnie nimi poruszając, w rytm cicho pulsującej muzyki. Stoi tyłem do publiczności, ma na sobie wytarte dżinsy i błękitną bluzę z kapturem z namalowanym na niej szkieletem. Muzyka stopniowo staje się głośniejsza, reflektory świecą intensywniej, a biodra zataczają coraz szersze koła. W tej pierwszej części Sakowicz tańczy po skosach, ruch inicjuje z bioder, bawi się tempem i rytmem, zwalnia i przyspiesza. Coraz szybciej obraca biodrami, by nagle zastygnąć w przysiadzie. Nie patrzy na widzów, wzrok ma spuszczony, jakby się wstydził. To ważne. Spojrzenie jest istotnym elementem jego języka artystycznego.

Inaczej było w Masakrze, w której rozliczał się ze swoją przeszłością w turniejach tańca towarzyskiego i zastanawiał nad kolonizatorskim charakterem tańców latynoamerykańskich. Tam kontakt wzrokowy i relacja między oglądającymi a oglądanymi była fundamentem spektaklu. Tancerki uwodziły nas, kręcąc biodrami i  wyzywająco patrząc w oczy, by potem odwrócić te relacje – przyglądały się publiczności, szeptały sobie na ucho, jakby komentowały to, jak wyglądamy i co robimy. Erotyczna gra o władzę nad spojrzeniem splatała się z opowieścią o kradzieżach i zawłaszczeniach w tańcu. Tutaj tego w ogóle nie ma, Sakowicz jest oglądany, czy może – podglądany, choć jednocześnie jest jasne, że to dla nas występuje. Umieszcza się w centrum naszego oka. Ten brak kontaktu wzrokowego sprawia, że choć tematem i metodą są biodra, STORM nie jest o seksie. A przynajmniej nie wprost.

Kiedyś na zajęciach fitness usłyszałem od instruktorki, że biodra kumulują w sobie emocje. Podzieliłem się tym z kolegą, który przytaknął i powiedział, że biodra trzymają w sobie także traumy (po czym uśmiechnął się szelmowsko i dodał, że każdy gej to wie). Niespecjalnie wierzę w czakry, drażni mnie pewien rodzaj egzaltacji w tego typu myśleniu, a jednak coś jest na rzeczy. W komediach romantycznych nieraz widzieliśmy scenę, w której bohater idzie z bohaterką na tańce, ale wstydzi się i jest sztywny. Z czasem zaczyna się rozluźniać, a jego biodra odpuszczają. Luźne biodra stają się synekdochą relaksu i szczęścia. Ale to wymaga wysiłku, obnażenia się, zaufania. Dopiero gdy odrzuci się wstyd, można tańczyć tak, jakby nikt na nas nie patrzył.

Sakowicz też się obnaża. Pod koniec pierwszej części STORM zdejmuje bluzę, muzyka zwalnia, podobnie jak jego ruchy. Ma na sobie obcisłą bluzkę z nadrukiem, który dokładnie odwzorowuje mięśnie, jakby tańczył odarty ze skóry. Porusza się spokojniej. Trzyma nogi prosto, stopy ma obciągnięte, wykonuje powolne, okrężne ruchy. Schodzi na podłogę – biodra dalej pracują, ale tym razem jest to działanie dużo bardziej intymne. Tę część spektaklu tancerz określił jako nostalgiczną. Choć nie wyjaśnił, co to oznacza, rzeczywiście poczucie smutku i straty jest odczuwalne.

STORM, chor. Paweł Sakowicz / fot. Pat Mic / Pawilon tańca

Widok tancerza, który leżąc, powoli przekłada nogi, rotuje biodra, napina je i rozluźnia, po czym pada wyczerpany lub załamany, był – przynajmniej dla mnie – bardzo poruszający. Powolny rytm pozwalał wędrować myślom. Te przenosiły mnie do własnej przeszłości, do wstydu i tajemnic. Ciężko o tym pisać bez patosu albo niepotrzebnej wylewności, ale te nieobojętne myśli pojawiają się właśnie dlatego, że obserwujemy takie, a nie inne ruchy tancerza, jego precyzję i jego zmęczenie, poddajemy się falującemu rytmowi muzyki, mglistemu niebieskiemu światłu. Dramaturgia spektaklu ułożona jest w ciągu: ekspozycja-kryzys-kulminacja, jednak niekoniecznie trzeba patrzeć na nią linearnie i sekwencyjnie; można traktować części choreografii jako przenikające się całostki, gałęzie wyrastające ze wspólnego pnia.

Bo trzecia część jest szybsza. Sakowicz wstaje. Dłońmi zaczesuje włosy do tyłu, jego kroki są dynamiczne. Kręci biodrami, porusza się po kole. Znowu odgarnia włosy – powtarza ten gest wielokrotnie, jakby mobilizował się do działania. Jego ruchy są dynamiczne, rwane i szybsze. Podobnie jak w pierwszej części, ale już bardziej zdecydowane, niemal agresywne. Rytm muzyki także przyspiesza. Na każde kolejne uderzenie Sakowicz stara się wykonać odpowiednią figurę, ale tempo jest zabójcze, więc nie zawsze trafia w bit. Walczy z muzyką i ograniczeniami własnego ciała. Skupiony na ruchu, coraz bardziej mu się oddaje, jakby rozpuszczał się w tańcu. Choreografia staje się zapalczywa, niemal namiętna, transowa. Już nic się nie liczy, tylko ta chwila, która właśnie trwa. Uderzenia rytmu są głośniejsze, światło gaśnie i zapala się w innym miejscu. Burza. Totalne odpuszczenie, nawet jeśli jest się w nieustannym działaniu. Przerażenie i przyjemność płynące z wolności.

Może zatem w STORM chodzi o wzniosłość? O tę trudną do zdefiniowania i wielokrotnie mieloną przez filozofów kategorię estetyczną, która łączy sprzeczności i nie poddaje się łatwo władzy rozumu i słów? Choreografia urywa się niespodziewanie, jakby zatrzymana w pełnym rozpędzie. Sakowicz zastyga, ma za sobą reflektor, jego ciemna sylwetka odcina się konturem od białego światła. I nagle ciemność.

O czym to było? Wiem, o czym to było dla mnie (nie powiem). Nie wiem, o co chodziło Sakowiczowi. Każdy z widzów może mieć swoją interpretację – i nie jest to unik, jak często w odbiorze sztuki współczesnej – że praca może być równie dobrze o wszystkim i o niczym. To naprawdę duże osiągnięcie stworzyć dzieło choreograficznie dopracowane, spójne i emocjonujące, a jednak zagadkowe. Trochę jak z kostiumem w spektaklu – niby artysta się przed nami odsłania, ale nie do końca. Ale ten brak ekshibicjonizmu nie oznacza, że Sakowicz nie dotyka w swojej pracy czegoś bardzo prawdziwego, bliskiego doświadczeniu wielu.

Pawilon tańca i innych sztuk performatywnych, Pałac Sapiehów – Centrum Sztuki Współczesnej w Wilnie, STORM, choreografia i wykonanie Paweł Sakowicz, muzyka Agnė Matulevičiūtė, światło Julius Kuršys, kostium Elena Marija Veleckaitė, wsparcie dramaturgiczne Anka Herbut, premiera 30 stycznia 2026.

Stanisław Godlewski

Adiunkt w Instytucie Sztuki PAN, wykładowca Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, sekretarz redakcji „Pamiętnika Teatralnego”. Jego zainteresowania naukowe obejmują historię teatru polskiego w XX i XXI wieku, a także krytykę teatralną w wymiarze historycznym i praktycznym.