Nie ma się czego bać

Nie ma się czego bać
Nosferatu, reż. Mariusz Grzegorzek / fot. Rafał Skwarek / Teatr Wybrzeże w Gdańsku
Grzegorzkowi udało się to wszystko, co tak szumnie obiecywał Nosferatu Roberta Eggersa. W gdańskim przedstawieniu – jak w najlepszych romantycznych fantazjach – wampir okazuje się skomplikowaną metaforą.

Na kulturowy obraz wampira składa się mnogość reprezentacji, które choć różnią się od siebie detalami, w jednym pozostają zgodne – upiór nie przekroczy progu ludzkiego domostwa, jeśli nie zostanie do niego zaproszony. Punktem wyjścia przedstawienia Mariusza Grzegorzka w Teatrze Wybrzeże jest podanie w wątpliwość tego usypiającego czujność przekonania. A co, jeśli to wcale nie człowiek jest w tej archetypicznej historii gospodarzem? A jeśli to my, napędzani żądzą posiadania i przekraczania, uparcie wchodzimy w ciemność? – pyta reżyser, zasypując scenę srebrnymi kulami. Nie, to nie naboje zatrzymujące upiora. To raczej paciorki zleżałego różańca, pękającego w roztrzęsionych dłoniach.

Nosferatu według tekstu i w reżyserii Grzegorzka opiera się na filmowej wersji opowieści o najsłynniejszym dziecku nocy – tej autorstwa Friedricha Wilhelma Murnaua, ale też na późniejszych, parafrazujących niemieckie arcydzieło obrazach Wernera Herzoga i E. Eliasa Merhige’a. W samej warstwie wizualnej widać inspirację rozbuchanym estetycznie Draculą Francisa Forda Coppoli. Reżyser bierze z klasyków to, co najlepsze. Przed premierą zapowiedział przedstawienie hipnotyzujące publiczność. Udało się, i to z naddatkiem. Są tu operowy monumentalizm i duszna klaustrofobiczność, ale przede wszystkim niepokojąca mobilność całego scenicznego świata, który bezustannie stwarza się i rozpada na naszych oczach. Grzegorzkowi powiodło się to wszystko, co tak szumnie obiecywał Nosferatu Roberta Eggersa. Nieudany film z Billem Skarsgårdem w roli Orloka nie wyszedł poza nużącą estetyzację przestylizowanych kadrów i męczył nadekspresyjnym aktorstwem oraz zużytą symboliką. W gdańskim przedstawieniu jest na odwrót: piękno teatralnych krajobrazów uruchamia wiele znaczeń, a figura wampira staje się – jak w najlepszych romantycznych fantazjach – skomplikowaną metaforą.

Przedstawienie oglądamy z niewielkiej widowni ustawionej na deskach Dużej Sceny, której skomplikowany mechanizm objawia się w ciągu niespełna dwugodzinnego przedstawienia w całej okazałości. Grzegorzek podnosi i opuszcza poszczególne fragmenty sceny, korzysta z pustych siedzeń widowni i metalowych rusztowań, obudowując głęboką przestrzeń i anektując wszystkie jej najciemniejsze zakątki. Mrok jest tu jednym z narzędzi budowania dramaturgii. Grzegorzek (reżyserujący także światła) ustawia postaci i widzów na granicy ciemności i blasku, przy czym światło pojawia się u niego w wariancie raczej rzadko w teatrze spotykanym, bo żywego ognia. Ale ani płomyki woskowych świec, ani potężne ognisko nie oznaczają bezpieczeństwa.

Grozę czuć wyraźnie już w otwierającej właściwą akcję scenie spotkania dwóch rodzin: Fryderyka i Anny Hardingów (Paweł Pogorzałek i Katarzyna Z. Michalska) oraz Ellen i Jonathana Harkerów (Maria Wróbel i Robert Ciszewski). Scenografia Jagny Janickiej i kostiumy Hanny Wójcikowskiej-Szymczak kreują przestrzeń na podobieństwo dziewiętnastowiecznej, kunsztownie zdobionej pozytywki. Dwa małżeństwa zasiadają na pastelowych siedziskach, w tle lśni złoto-zielona świąteczna choinka. To właściwie jedyny fragment przedstawienia, w którym reżyser pozwala sobie na odrobinę humoru. Spod eleganckich kwiatów, zwiewnej organzy i miękkiej satyny przedzierają się słowa, ironicznie zapowiadające nadciągającą ciemność. Panowie wspominają o nalewce, która się „nie przegryzła”, panie „umierają” od nadmiaru mdlącej słodkości. Niesforne dzieci-aniołki (gościnne role Zofii Habasińskiej i Tymona Kolby) grożą sobie wzajemnie obcięciem palców i cmentarzem. I nagle scena się kończy, ubrana na czarno ekipa techniczna zmienia scenografię, zespół aktorski schodzi w cień.

Grzegorzek zestawia odsłonięcie teatralnych mechanizmów z absolutną powagą dalszej części opowieści. Gdańskie przedstawienie to pełnoprawny horror, choć bez dosłowności, sztucznych kłów i krwi. W tej strukturze nie ma miejsca na ironizujące uśmiechy i nawiasy. Dlatego metateatralne interludia nieoczekiwanie wzmacniają grozę opowieści i podkreślają jej niepokojącą uniwersalność.

Nosferatu, reż. Mariusz Grzegorzek / fot. Rafał Skwarek / Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Artyści prowadzą historię blisko wywiedzionej z książki Brama Stokera linii fabularnej, nie rozpisując jednak nadmiernie poszczególnych zdarzeń. Oto młody Jonathan Harker otrzymuje od pracodawcy Renfielda (Robert Ninkiewicz, któremu towarzyszy urzędniczy wielogłos – Jacek Labijak, Jakub Nosiadek, Grzegorz Otrębski i Cezary Rybiński) wymagające zlecenie. Jedzie w dalekie Karpaty, by dobić targu z tajemniczym arystokratą (Marek Puchowski). W drodze ulega wypadkowi, a ratujący go Cyganie (ponownie Labijak, Nosiadek, Otrębski i Rybiński, a także Małgorzata Brajner, Sylwia Góra i Marzena Nieczuja Urbańska) zakazują mu wejścia do przeklętego zamku. Harker, skuszony wizją pieniędzy i społecznego awansu, nie słucha. Po spotkaniu z Orlokiem traci zmysły. Hrabia opuszcza góry i wkracza w świat ludzi, siejąc zniszczenie i śmierć

Sam wampir to u Grzegorzka przede wszystkim nosophoros, niosący chorobę. Ale nie on jeden w tym świecie stanowi zagrożenie. Rozbudowana i świetnie zmontowana warstwa wideo (i za nią odpowiada Grzegorzek) mnoży komunikaty o wyczerpaniu, permanentnej eksploatacji świata i wirusie kapitalistycznej żądzy podboju. Chuć plądrującego Ziemię człowieka zostaje zestawiona z wampirycznym głodem i okazuje się jeszcze straszniejsza. Ludzcy bohaterowie w wielu scenach wydają się bardziej spotworniali niż tytułowe monstrum. Reżyser nie popada jednak w przesadę, stroni od łatwej, grubej kreski. Renfield rozkoszuje się wysysanym pokarmem (świetna scena z jajkiem), podczas gdy Orlok zdaje się po prostu zaspokajać głód. To Jonathan Harker używa cudzego ciała do realizacji własnego pragnienia, a jako Nosferatu dopuszcza się jedynie tego, co jego gatunkowi przyrodzone. I to on, wampir, nie człowiek, w finale dewastująco-seksualnego aktu obdarza ciało drugiej istoty czułością. Marek Puchowski, który do zespołu Wybrzeża dołączył zaledwie kilka miesięcy temu, buduje postać wampira bardzo konsekwentnie i na wyraźnej dychotomii, którą poruszająco domyka w zaskakującym finale.             Nie ma się czego bać – mówi zanurzony w mroku sceny wampir. Największym sukcesem przedstawienia Grzegorzka jest niepewność, która nie pozwala nam fundamentalnie odrzucić tych wyszeptanych z ciemności słów. Otulona blaskiem świec komnata upiora wydaje się kusząco wygodna, jeśli zestawimy ją z obrazami otaczającej rzeczywistości – pełnej wijących się i pączkujących organizmów, zalewanej agresywnie ludzką infrastrukturą. Nie ma się czego bać – mówi też reżyser, obnażając sceniczną maszynerię. To tylko teatr.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku, Nosferatu, scenariusz (na motywach filmu F.W. Murnaua), reżyseria, opracowanie muzyczne, wizualizacje, reżyseria światła Mariusz Grzegorzek, scenografia Jagna Janicka, kostiumy Hanna Wójcikowska-Szymczak, premiera 12 grudnia 2025.

Anna Jazgarska

Pedagożka, literaturoznawczyni i krytyczka teatralna. Współpracuje z portalem teatralny.pl, Dwutygodnikiem i kwartalnikiem „nietak!t”. Członkini Pracowni Krytyki Artystycznej prof. Zbigniewa Majchrowskiego. Moderatorka wydarzeń poświęconych współczesnemu teatrowi, jurorka i członkini komisji artystycznych. Mieszka nad morzem.