Rozmontowywanie polityki niepamięci
– Jestem w tej chwili maszyną do podejmowania decyzji i do taktycznego mapowania pola walki z urzędnikami lub z politykami. I oczywiście to jest jakoś rajcujące, jeżeli jest się skutecznym – mówi Michał Kotański, dyrektor Teatru Telewizji, laureat Nagrody Specjalnej „Teatru”.
KATARZYNA TOKARSKA-STANGRET: Z końcem czerwca przestałeś być dyrektorem Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Przez ostatni sezon prowadziłeś go, będąc równocześnie szefem Teatru Telewizji. W międzyczasie zostałeś zaproszony do konkursu na dyrektora Teatru Narodowego, odbierałeś remont w Kielcach, potem wybuchła sprawa z powołaniem Twojego następcy. Przeszkody Cię stymulują?
MICHAŁ KOTAŃSKI: Tak i nie. Jako dyrektor teatru wielokrotnie współpracowałem z artystkami i artystami, którzy potrzebują zderzyć się z instytucją, potrzebują wroga po drugiej stronie, żeby być twórczy. I często to się dzieje kosztem ludzi. Wydaje mi się, że nie jestem ani takim twórcą, ani dyrektorem. Natomiast doświadczenie kilku ostatnich lat, które było w dużej mierze doświadczeniem walki z instytucjami państwa, z konkretnymi politykami, z różnego rodzaju niemożnościami, uzmysłowiło mi, że ja w jakiejś mierze to lubię i się w tym sprawdzam.
W tej chwili próbuję się uczyć – od tygodnia czy dwóch – funkcjonować trochę inaczej. Muszę przypomnieć sobie, co to jest życie prywatne, chcę nauczyć się na nowo spotykać z przyjaciółmi, znajomymi, i muszę sobie powiedzieć wprost, że w tym, jak funkcjonowałem ostatnio, było coś z uzależnienia. Mam tego świadomość, ale też nie wiem, czy uda mi się z tego uzależnienia wyjść, dlatego że telewizja to jest ciężki zawodnik.
W tym, jak funkcjonowałem ostatnio, było coś z uzależnienia. Mam tego świadomość, ale też nie wiem, czy uda mi się z tego uzależnienia wyjść, dlatego że telewizja to jest ciężki zawodnik.
KTS: W tym kontekście może dobrze, że nie będzie Twojego spektaklu w Kielcach, planowanego na początek sezonu. Ta decyzja to protest przeciw temu, co dzieje się wokół konkursu na Twojego następcę?
MK: Różnego rodzaju losy ten teatr przechodził i z różnymi przeciwnościami dawałem sobie radę. Mógłbym zrobić spektakl i jak każdy szanujący się odchodzący polski dyrektor zostawić teatr z jak największą stratą finansową, o której wiem, że organizator musiałby ją ostatecznie pokryć. Ale po pierwsze, nie chciałem stawiać nowego dyrektora (którym – jak myślę – będzie Jacek Jabrzyk) w sytuacji, którą zarząd województwa mógłby próbować rozgrywać politycznie. Po drugie, chciałem się też pobawić możliwościami, jakie daje nowy budynek teatru. A do tego trzeba mieć spokojną głowę i skupić się na reżyserowaniu.
KTS: Zwłaszcza w przypadku presji arcydzieła pożegnalnego, z którą mierzył się niedawno na przykład Jan Englert.
MK: Tak, a tutaj emocje wszystkich są zassane przez toksyczne zachowania zarządu województwa. Aczkolwiek ostatni sezon w Kielcach był naprawdę dobry i zespół, mimo tego, co się działo wokół, był w stanie dowieźć do końca premiery, które okazały się ważne. Są jednak granice i uważam, że racjonalnie będzie nie robić teraz tej premiery. I masz rację, to jest jakiegoś rodzaju deklaracja i protest, który za dużo nie zmieni – rządzący może po minucie zdziwienia odwrócą się i pójdą dalej. Ale chciałem być wobec siebie uczciwy. Może przyjdzie czas, że ten spektakl w innych warunkach się wydarzy.
KTS: Byłeś faworytem konkursu na stanowisko dyrektora Teatru Narodowego. Dotknęło Cię, że zespół wybrał kogoś innego?
MK: Z tego, co wiem, zespół techniczny i zespół aktorski zagłosowały odmiennie. Co do stwierdzenia, że byłem faworytem – dochodziły do mnie zwielokrotnione plotki, jak to dogaduję się z panią minister. Myśmy z ministrą Wróblewską odbyli krótką rozmowę na temat Narodowego raz, na bankiecie w trakcie wyjazdu ze spektaklem Widnokrąg do Rejkiawiku. Powiedziałem wtedy, że byłoby dobrze, gdyby dyrektorką została kobieta, i tyle.
KTS: Później jednak pojawiło się zaproszenie z ministerstwa.
MK: Prowadziłem wtedy teatr w Kielcach i rozpędzałem dosyć skomplikowaną maszynę w telewizji. Więc to nie była sytuacja, że skakałem pod sufit ze szczęścia. Miałem poczucie, że jestem po bardzo intensywnych kilku latach, a wejście do Narodowego oznacza kolejne intensywne parę lat pracy. Pamiętam, jak mój partner zmusił mnie, żebyśmy wyjechali na chwilę na wakacje. I to był moment, kiedy musiałem napisać eksplikację konkursową. Pomyślałem sobie: ok, jestem w takim punkcie, że chciałbym rzeczywiście robić rzeczy, na które mam ochotę i które sobie wymyślę, nie ograniczając się tym, czy ryzykuję odrzucenie mojej koncepcji. Wpisałem więc do programu coś, co jest szalone, ale wydawało mi się realne, czyli częściowy remont teatru i uruchomienie przestrzeni teatralnej w Pałacu Saskim.
KTS: Przestrzeń teatralna w Pałacu Saskim była realną rzeczą?
MK: Niedawno zarząd Pałacu Saskiego poprosił mnie, żebym podzielił się doświadczeniami z budowy teatru i po tym spotkaniu jestem skłonny powiedzieć, że tak.
Mówiło się więc, że jestem faworytem, natomiast byłem tym lekko zdziwiony, biorąc pod uwagę moją skomplikowaną sytuację zawodową. Dodatkowo zaproponowałem świadomie coś, co mogło budzić różnorakie lęki zespołu – i tak się faktycznie stało. Pamiętam, jak na spotkaniu w Teatrze Narodowym mówiłem – i podtrzymuję to też w pracy w Teatrze Telewizji – że ja w tej chwili chcę pracować z ludźmi dorosłymi, z którymi mogę komunikować się wprost. Nie mam teraz ochoty na różnego rodzaju gierki, kontredanse. Kładę na stół to, co planuję zrobić. Mam na tyle doświadczenia, że potrafię dowieźć swoje projekty, a to, co do tej pory zrobiłem, uwiarygodnia moje propozycje.
KTS: Rozumiem, że nie przejąłeś się przegraną.
MK: Nie wiem, jakiego słowa użyć, bo nie byłem ani załamany, ani mną to jakoś strasznie nie tąpnęło. Byłem chyba lekko zdziwiony. Ale też poczułem ulgę. A teraz uważam, że stało się dobrze, bo konkurs na dyrektora w Kielcach wymagał do tego momentu mojej uwagi i zaangażowania.

KTS: Jesteś zmęczony?
MK: Ja naprawdę wiem o tym, że muszę mieć po prostu porządne wakacje. I reset. Teraz byłem na Theatertreffen w Szwajcarii, gdzie na jednym z paneli reżyserzy, reżyserki, dyrektorzy teatrów mocno podkreślali temat deep thinking. Musimy mieć czas na pogłębione myślenie. Tego bardzo mi brakuje. Jestem w tej chwili maszyną do podejmowania decyzji i do taktycznego mapowania pola walki z urzędnikami lub z politykami. I oczywiście to jest jakoś rajcujące, jeżeli jest się skutecznym.
KTS: Czyli jednak.
MK: Ale jednocześnie jest frustrujące, bo coraz lepiej poznajesz te mechanizmy i widzisz, że Polska jest w jakiejś mierze państwem, które nie funkcjonuje, działa skutecznie zazwyczaj wtedy, kiedy zarządzasz nim ręcznie.
KTS: Więc jakie Twoim zdaniem kompetencje musi mieć dyrektor teatru w Polsce w tej chwili?
MK: Wszystko zależy od tego, jakie cele sobie stawiasz. Jeżeli instytucja ma być miejscem dotrwania do emerytury, to nie musisz robić za wiele. Podliżesz się politykom. Jeżeli jesteś w miarę sprytny, to jakoś poukładasz relacje wewnątrz teatru. Zrobisz ukłon wobec wielkomiejskiej klasy średniej, jakiś ukłon wobec klasy ludowej, obudujesz wszystko PR-owo i to będzie działało. Natomiast jeżeli chcesz, żeby teatr reagował na napięcia społeczne, polityczne, zauważał, co się dzieje wokół, i nie był martwą instytucją, to jesteś wtedy narażony na zderzenia z oczekiwaniami organizatora.
Wracając do pytania – myślę, że dyrektor musi mieć umiejętność funkcjonowania w dużym chaosie. Umiejętność podejmowania decyzji w niesprzyjających okolicznościach. Umiejętność rozpoznawania miejsca i roli teatru w wymiarze politycznym i społecznym. Umiejętność balansowania, bo nie chodzi o to, żeby iść na zwarcie z widownią czy politykami. Umiejętność dogadywania się ze społecznością, utrzymywania zaciekawienia artystami i cierpliwości wobec urzędników oraz negocjacji między tymi dwoma światami. No i chyba musi mieć trochę ambicji. Zapamiętałem rozmowę z jednym z dyrektorów, który szykował się do remontu i opowiedział mi, co zrobi, czego nie zrobi. Odpowiedziałem, że jeżeli pójdzie tym trybem, to w ciągu najbliższych dziesięciu lat remont się nie odbędzie. I co usłyszałem? No to się nie odbędzie, ktoś inny go kiedyś zrobi. I to mnie zastanowiło.
Jeżeli instytucja ma być miejscem dotrwania do emerytury, to jako dyrektor teatru nie musisz robić za wiele. Podliżesz się politykom. Jeżeli jesteś w miarę sprytny, to jakoś poukładasz relacje wewnątrz teatru. Zrobisz ukłon wobec wielkomiejskiej klasy średniej, jakiś ukłon wobec klasy ludowej, obudujesz wszystko PR-owo i to będzie działało.
KTS: Pamiętasz jeszcze ten moment w 2015 roku, kiedy zdecydowałeś się objąć Teatr Żeromskiego w Kielcach?
MK: Jak przez mgłę. Na pewno chwilę się zastanawiałem. Okoliczności spowodowały, że moja narcystyczna strona powiedziała „tak”. Zrobiłem wtedy w Kielcach jeden spektakl, Dzieje grzechu. Jak później się dowiedziałem, Piotr Szczerski powiedział współpracownikom, że widzi we mnie swojego następcę, i oni się do mnie zwrócili. Czułem, że jestem tam chciany. Wiedziałem, że jakoś dogadam się z zespołem. I to chyba były główne powody, że zdecydowałem się na tę przygodę, której konsekwencji sobie nie uświadamiałem. (śmiech)
KTS: Masz poczucie straty? Reżyserowałeś od tamtego czasu mniej więcej jeden spektakl rocznie.
MK: Tak, mam poczucie straty. Tym bardziej, że jakkolwiek naiwnie czy eufemistycznie to zabrzmi, praca na próbach daje poczucie wolności, którego bycie dyrektorem nie daje. Mikołaj Grabowski ostrzegał mnie, żebym absolutnie nie rezygnował z reżyserowania, pilnował tego. Natomiast warunki, w jakich pracowałem przez te ostatnie lata, powodowały, że 80 procent swojej energii poświęcałem na doprowadzenie do końca remontu. Zadaniowo byłem skupiony na tym, żeby zakończyć coś, co rozpocząłem. I to mi trochę wynagradza poczucie straty.

KTS: A teraz co planujesz?
MK: Liczę na to, że w przyszłych latach jakoś to nadrobię. Ale tak samo ważne dla mnie w tym momencie, jak reżyserowanie, będzie nadrobienie moich strat w życiu prywatnym. Wszystkich lektur, filmów, spotkań i właśnie tego deep thinking, którego mi zwłaszcza w ostatnim roku, kiedy prowadziłem dwie instytucje, brakowało.
KTS: Co daje Ci obecnie największą satysfakcję zawodową?
MK: To trudne pytanie. Dużo satysfakcji daje mi przekraczanie granic, czyli na przykład emisja Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję czy Ale z naszymi umarłymi w telewizji. To dla mnie uwalnianie pamięci, uwalnianie społecznego dyskursu i jakiegoś rodzaju terapia publiczna. Pokazywanie, że oportunizm i hipokryzja to nie są jedyne strategie przetrwania. Również dla tych środowisk tu, w telewizji. I może się powtarzam, ale niezwykle ważne jest dla mnie udowadnianie, że coś, co miało być nieemisyjne, okazuje się emisyjne i potrzebne ludziom. To mi daje zadowolenie tutaj i tak samo dawało zadowolenie w Kielcach. Rozmontowywanie polityki niepamięci.
Dużo satysfakcji daje mi też budowanie przestrzeni dla twórców. Zapewnianie artystom możliwości nieskrępowanej pracy, na ile się da, bo – mówię teraz w kontekście telewizji – nie zawsze się daje. To jest walka: pięć dni zdjęciowych, dziesięć dni zdjęciowych, czy się zgodzą, czy nie zgodzą, czy KRRiT nałoży karę, czy nie, czy to będzie miało konsekwencje, czy nie będzie. I tak, to mogę bezczelnie przyznać, sprawia mi przyjemność, kiedy mogę wyjść i odpowiedzieć na polityczne naciski: spektakl będzie grany.
Dużo satysfakcji daje mi przekraczanie granic, czyli na przykład emisja Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję czy Ale z naszymi umarłymi w telewizji. To dla mnie uwalnianie pamięci, uwalnianie społecznego dyskursu i jakiegoś rodzaju terapia publiczna.
KTS: Jak dziś się definiujesz?
MK: Oczywiście w ostatnich latach bardziej definiuję się jako dyrektor czy menedżer, ale ta część reżyserska cały czas we mnie siedzi.
KTS: Masz w obszarze zarządzania instytucją swojego mistrza, kogoś, na kim się wzorujesz?
MK: To suma moich spotkań w szkole krakowskiej – z Jerzym Golińskim, Bogdanem Hussakowskim, Krystianem Lupą, Mikołajem Grabowskim, Andrzejem Wajdą, Jerzym Jarockim. Ważne było spotkanie z Declanem Donnellanem pod koniec moich studiów – miał w Paryżu premierę Otella i zobaczyłem – chyba po raz pierwszy – że przed premierą nie musi być strasznie napiętej atmosfery na próbach. A z Krakowa wyniosłem jednak, że to napięcie w różnych formach jest. Na to nakładam swoje doświadczenia. Czasami czytam Erwina Axera, Zygmunta Hübnera. W części tych rzeczy się rozpoznaję, w części nie.
KTS: Co jest Ci bliskie?
MK: Mieliśmy krótko warsztaty z Axerem w Krakowie. Podobał mi się wtedy jego pragmatyzm, a jednocześnie rodzaj uwodzenia w tym, brak mesjanizmu, nacisku na jakąś szczególną misję teatru. Nie chcę się tutaj porównywać, ale ten rodzaj pragmatyzmu do mnie przemawia, zwłaszcza w tych czasach, w jakich w tej chwili jesteśmy. Cały czas mam z tyłu głowy Mefista Klausa Manna – i mówię to w kontekście tych kilku lat, kiedy pracowałem w instytucji zarządzanej przez PiS.
KTS: Aż tak? Prowadzenie teatru bywa mefistofeliczne?
MK: Ważną rozmowę odbyłem z Kiriłłem Sieriebriennikowem, gdy byłem u niego na premierze w Moskwie. To był moment, kiedy zastanawiałem się, skąd mogę, skąd nie powinienem brać pieniędzy na funkcjonowanie teatru, na remont. I on wtedy powiedział: to bez znaczenia, jeśli jest dla dobra teatru. To mówił facet, który chwilę później został aresztowany, a jego relacje z ludźmi wokół Putina nie były takie oczywiste. I oczywiście pamiętam nawoływanie Kiriłła do zdjęcia sankcji z Abramowicza na festiwalu w Cannes i rozmowy o nim z moimi przyjaciółmi w Moskwie. Ale teraz, jako dyrektor teatru, który przeszedł różne sytuacje, wiem, że trzeba być ostrożnym w ocenach.
KTS: A jak w zarządzaniu teatrem pomaga bycie reżyserem?
MK: To jest ważne, że posługuję się językiem, który jest wiarygodny czy to dla reżyserów, czy dla aktorek, aktorów. Mam też z tyłu głowy, bo sam tego doświadczałem, że nie chcę być starszym wujkiem, który wie wszystko lepiej albo o którym artyści będą myśleli, że próbuje się spełnić ich rękami. Teraz miałem taką sytuację. Tadeusz Kabicz robi w Teatrze Telewizji Tartuffe’a, którego kiedyś reżyserowałem. W paru momentach powiedziałem mu, jak widzę ten tekst, a potem ugryzłem się w język. Lubię Moliera, kilka razy go wystawiałem, widziałem różne realizacje, wydaje mi się, że coś mam do powiedzenia – ale moja rola w jakimś momencie się kończy.
KTS: Zarejestrowanie Embodying Pasolini Tildy Swinton podczas Malta Festival Poznań albo rapowego Nowego Pana Tadeusza na Open’erze to jednak autorskie pomysły?
MK: Rzeczywistość nas zawołała do tych pomysłów, my je tylko zmaterializowaliśmy. (śmiech) Podjąłem na szybko decyzję, zdając sobie sprawę z wątpliwości, czy to będzie emisyjne. Fajne w tej pracy jest, że możemy te granice sprawdzać. To jest właśnie dialog z publicznością.

KTS: A przy okazji udowadnianie, że teatr telewizji może być sexy. Rozumiem, że to będą jednorazowe, hitowe emisje, jak w przypadku dwukrotnie powtórzonego 1989, bez VOD?
MK: W przypadku Nowego Pana Tadeusza jest umowa na VOD, jeżeli chodzi o Embodying Pasolini mamy ograniczoną licencję, która pozwala nam na powtórki i równoczesną emisję w czasie rzeczywistym przez aplikację internetową. Ale jeśli już mówimy o tych dwóch spektaklach – myślę, że my mamy też obowiązek komunikacji tego, co robimy. Wyobrażam sobie na przykład, o czym już rozmawiałem z działem marketingu, wykupienie reklam w tygodniku „Niedziela” i w gazetach prawicowych. Tam też musimy zakomunikować, dlaczego tak, a nie inaczej ten teatr telewizji wygląda, że to nie jest zło, że pokazujemy zróżnicowany repertuar.
KTS: Tracicie prawicową widownię?
MK: To jest trochę bardziej skomplikowane. Staram się robić ruchy wyprzedzające, dlatego że część prawicowej blogosfery, prawicowych mediów bardzo się uruchomiła w kontekście teatru telewizji. Ludzie mi podsyłają rozmowy na YouTubie, jakieś artykuły, które wyrażają zdziwienie, jak lewicowe są niektóre spektakle i jak szybko ta zmiana nastąpiła. Zależy mi na rozmontowaniu tej narracji, ponieważ uważam, że jedynie uzupełniam braki repertuarowe i normalizuję wolność artystyczną w mediach publicznych. Stąd nasze reklamy w „Tygodniku Powszechnym”, w „Rzeczypospolitej”, gdzie opisywaliśmy na przykład majowy repertuar, który był świadomie budowany jako pewnego rodzaju lustro dla wyborów prezydenckich. W dzień po pierwszej turze, kiedy okazało się, że Braun zdobył ponad sześć procent głosów, a my puściliśmy Winnego, czytałem w internecie, że ten, kto zdecydował o emisji spektaklu tego dnia, był prorokiem. Później mieliśmy Biedermanna i podpalaczy w tygodniu przed drugą turą wyborów, który też się jakoś ustawiał, już mniej wprost, wobec nich. Myślę, że powinniśmy używać więcej tego typu narzędzi, aczkolwiek to też jest proces. Telewizja przez dekady była przyzwyczajona, że ważniejsze są sport, Opole, informacja i tam ciągle będą szły większe pieniądze na promocję.
W dzień po pierwszej turze, kiedy okazało się, że Braun zdobył ponad sześć procent głosów, a my puściliśmy Winnego, czytałem w internecie, że ten, kto zdecydował o emisji spektaklu tego dnia, był prorokiem.
KTS: Są cięcia budżetowe w kulturze – czy budżet Teatru Telewizji się zmniejszy?
MK: Tego jeszcze nie wiem. Możliwe, że będą cięcia, natomiast Teatr Telewizji jest misją. Wydaje mi się, że powinien być ostatni do cięcia budżetu i takie rozmowy pewnie będę odbywał z decydentami.
KTS: O misji?
MK: O ważności Teatru Telewizji w TVP niby wszyscy wiedzą, ale trzeba o nią na różnych poziomach zawalczyć. Część polityków i naszego środowiska uzmysławia sobie, że to jest ważne narzędzie, w związku z czym, mam nadzieję, będę miał argumenty, by obronić budżet. A z drugiej strony, możemy dostać trochę swobody, również finansowej, właśnie dlatego, że jesteśmy ważni, ale nie aż tak ważni. Tę specyficzną pozycję trzeba wykorzystywać. Coraz bardziej uświadamiam sobie, jak fantastyczne jest to narzędzie, ale też jak bardzo było nieużywane. Podczas realizacji tłumaczyłem ekipie Embodying Pasolini, dla kogo nagrywamy spektakl, i oni uznali to za dobro narodowe – czegoś takiego u nich już nie ma. To jest prawda. Gdy tu przychodziłem, słyszałem te hasła: „dobro narodowe”, ale myślę, że wszyscy mówiliśmy to tak po prostu, z rozpędu i używając resztek rozsądku.
KTS: Teraz czujesz to bardziej?
MK: Tak. Bardziej też się tym przejmuję. Co rodzi schizofreniczną sytuację, bo z jednej strony mam świadomość, że mogę mieć o wiele większy wpływ na rzeczywistość – jakkolwiek to brzmi w ustach reżysera czy dyrektora teatru, w teatrze telewizji jakoś te słowa ważą i mogą być prawdziwe. A z drugiej strony, i to jest przedziwne doświadczenie, wypuszczamy spektakle, które mają pół miliona, osiemset tysięcy oglądalności, coś niewyobrażalnego w zwykłym teatrze, a ja z perspektywy działania państwa i jego instytucji mam poczucie, że to jest kropla w morzu potrzeb w kontekście opowiadania o tym, kim jesteśmy. Możemy robić więcej spektakli niż w normalnym teatrze, chcemy się tymi przestrzeniami do opowiedzenia zaopiekować, w jakiejś mierze nam się to udaje, ale i tak nagle widzisz, że to nie do końca powinna być twoja robota. Próbujesz nadrabiać obowiązki innych, a główna część tego zadania powinna być realizowana przez ministerstwo edukacji czy kultury.
KTS: Jakie nadzieje wiążesz z ustawą medialną?
MK: Byłoby dobrze, gdyby prezes telewizji nie miał ciągle z tyłu głowy, że za chwilę jakiś polityk, niezależnie z której opcji, zadzwoni i będzie miał pretensje o to, jakie pytania zadał mu reporter. Nie wiem, czy wywalczenie niezależności mediów w tym układzie politycznym się uda. No i bardzo doskwiera brak stabilnego finansowania. W Zurychu na Theatertreffen poruszany był temat budżetu – dyrektorzy teatrów szwajcarskich mają zapewnione finansowanie na dwa–trzy lata naprzód, żeby móc skutecznie zaplanować działalność teatru. My nie mamy takiego komfortu.
KTS: Może trzeba wejść do rady nadzorczej TVP? Nie myślałeś o tym?
MK: Nie, chcę wakacji.
KTS: A będziesz reżyserował w Teatrze Telewizji?
MK: Chciałbym, aczkolwiek to się cały czas przesuwa, bo ciągle są jakieś ważniejsze sprawy. Może pod koniec tego roku będę wiedział, kiedy to się wydarzy.
KTS: Czyli na razie wszystkie zaplanowane premiery i cykle będą realizowane?
MK: Były perturbacje w ostatnim miesiącu, ale udało się obronić te plany – na ten moment jest scena młodego widza oraz wszystkie premiery, które zaplanowaliśmy na ten rok kalendarzowy. W kontekście obecnej sytuacji politycznej myślimy, jak ten repertuar sobie ułożyć, żeby on był z jednej strony mocny, a z drugiej komunikatywny. Rozmawiamy też o tym, jak zaopiekować się młodymi twórcami oraz co zrobić, żeby dać więcej wsparcia twórcom teatralnym, którzy nigdy w teatrze telewizji czy w filmie nie pracowali, i próbować przełożyć ich język na język filmowo-telewizyjny. Zdarzyło się, że kogoś zjadł plan telewizyjny, albo dostaliśmy scenariusz pisany pod pewnego rodzaju metodę twórczą do pracy z aktorami na scenie i wiedzieliśmy, że ta metoda nie sprawdzi się w telewizji.
KTS: Chodzi o wypracowanie metod wsparcia redakcyjnego?
MK: Też. Są również tematy, które musimy jakoś zagospodarować.
KTS: Jakie?
MK: Jest worek tematów, na których mi zależy. Jak spektakl Prałat o Henryku Jankowskim, który będzie robił Marcin Liber, adaptacja książki Marcina Kościelniaka Aborcja i demokracja, którą będzie robił Remigiusz Brzyk, temat SKOK-ów, którym zajmie się Wojciech Smarzowski, przypadek Milo Mazurkiewicz, która popełniła samobójstwo z powodu braku dostępności tranzycji. Czy relacja arcybiskupa Paetza i biskupa Jędraszewskiego i opowiedzenie na jej podstawie, czym stał się polski Kościół. Mam poczucie, że istnieje cała gama tematów, którymi trzeba się zaopiekować. Po wyborach prezydenckich wrócił strach przed ich podejmowaniem. A tutaj mamy narzędzia do tego, żeby pokazać: hej, nie, nie betonujemy się znowu w tej niepamięci, tym bardziej teraz są przestrzenie do nakłucia i opowiedzenia na nowo. Teatr Telewizji ma pieniądze, umiejętności, nazwiska. Musimy to robić.