Świętoszek, czyli Orgon

Świętoszek, czyli Orgon
Tartuffe, reż. Tadeusz Kabicz / fot. Waldemar Kompała / TVP
Tadeusz Kabicz potrafi coś, co dla wielu reżyserów teatralnych jest wciąż nieosiągalne – tworzy dzieła krótkie, a niegłupie. Jest w stanie obrazem zastąpić sporo linijek tekstu. Nareszcie. Ktoś. W końcu.

Fakt, że Tadeusz Kabicz jest z wykształcenia reżyserem filmowym, a nie teatralnym. jest jego wielką zaletą. Młody artysta stworzył już dwie realizacje dla Teatru Telewizji – rok temu Pełną powagę Oscara Wilde’a (czyli The Importance of Being Earnest w przekładzie Macieja Stroińskiego, w Polsce sztuka jest znana także jako Bądźmy poważni na serio), teraz Tartuffe’a Molièreʼa (w przekładzie Jerzego Radziwiłowicza). Widać, że myśli kamerą. Oba spektakle posiadają własny język wizualny i wykorzystują możliwości, jakie daje medium filmu.

W Pełnej powadze Kabicz ze współrealizatorami zabawił się konwencją kostiumową, tworząc przegięty, wykoślawiony świat. Ciekawe były zwłaszcza subtelne efekty kamery, takie jak „rybie oko”, budzące skojarzenia z Biednymi istotami Jorgosa Lantimosa. Rzeczywistość, w której przebywali bohaterowie, wydawała się pijanym zwidem, czymś w rodzaju dziwnej halucynacji, co tylko podbijało główne motywy sztuki – grę pozorów, przybieranie fałszywych tożsamości, qui pro quo. Kabicz potrafi także coś, co dla wielu reżyserów teatralnych jest wciąż nieosiągalne – tworzy dzieła krótkie (około 70 minut), a niegłupie. Sam adaptuje dramaty do wersji telewizyjnej i robi to skutecznie – kondensuje wątki, skreśla dłużyzny, ale zachowuje czytelny przebieg fabuły. Jego spektakle są komunikatywne, potrafi obrazem zastąpić sporo linijek tekstu. Nareszcie. Ktoś. W końcu.

Pełna pasji sprzeczka między Marianną (Eliza Rycembel) a Walerym (Łukasz Szczepanowski) zaczyna się na korytarzu domu. Bohaterowie wchodzą do pokoju, następuje cięcie i już obserwujemy, jak kontynuują dialog, ubierając się po seksie. Samego aktu nie widać, ale jest wyraziście zasugerowany – relacje między postaciami zostają dookreślone, a przedstawienie nie gubi rytmu i tempa. Dzięki tego typu zabiegom Kabiczowi udaje się w atrakcyjny sposób wystawić dramat, który wielu uznałoby w lekturze za kompletną ramotę.

Język wizualny Tartuffe’a zapożyczono z serialu Biały lotos Mike’a White’a. Długie jazdy kamery, ujęcia koncentrujące się na znaczących detalach scenograficznych (dom Orgonów jest tu bogatą willą, pewnie gdzieś w Konstancinie czy innej Podkowie Leśnej), niepokojąca muzyka z wykorzystaniem chórów (kompozycje Szymona Sutora). Doryna (Dominika Kluźniak) nie jest, jak to bywało w wielu realizacjach teatralnych, zadziorną i frywolną pokojówką, tylko administratorką rezydencji. Z resztą służby komunikuje się przez słuchawkę, ubrana w nieskazitelny biały garnitur, jest energiczna, zdeterminowana i profesjonalna. Przypomina nieco menedżerów hoteli ze wspomnianego serialu HBO.

Tartuffe’a  ogląda się świetnie również dzięki trafnym decyzjom obsadowym. Pomysł, żeby zdewociałą Panią Pernelle grała Grażyna Szapołowska, jest dowcipem samym w sobie. Aktorka, której wizerunek zbudowany jest w dużej mierze na niewymuszonej zmysłowości i seksapilu, występuje tutaj jako orędowniczka cnoty i moralności. Postaci młodych bohaterów są zarysowane raczej szkicowo (i nie ma w tym winy aktorów, już w tekście Molièreʼa są nijacy). Ich indywidualność wyraża się głównie poprzez kostiumy autorstwa Wandy Kowalskiej. Marianna nosi się na zbuntowaną – siateczkowe bolerko, choker na szyi, różowa sukienka i czarna kreska na oczach. Walery wygląda, jakby zaraz miał otwierać start-up (koszulka polo i pastelowy garnitur), a zapalczywy Damis (Oskar Jarzombek) trenuje sztuki walki, więc chodzi w podkoszulku i szerokich bokserskich spodniach. O Dorynie już pisałem, choć warto przypomnieć, że talent komediowy Dominiki Kluźniak nie zna granic i Kabicz obficie z niego korzysta.

Ciekawą rolę tworzy Magdalena Cielecka. Jej Elmira jest oczywiście piękna, inteligentna, samoświadoma i ironiczna. Piszę oczywiście, bo Cielecka wielokrotnie grała podobne bohaterki, takie role pasują do niej idealnie. Tym, co najbardziej interesujące, jest jednak niejednoznaczność intencji Elmiry. Trudno powiedzieć, na ile jej uwodzenie Tartuffe’a wynika wyłącznie z chęci zdemaskowania go, a na ile kryje się w tym także autentyczna erotyczna fascynacja (co nie byłoby takie znowu dziwne, skoro Tartuffe’a gra Bartosz Bielenia). Ta niejednoznaczność znowu widoczna jest w kostiumie – Elmira po domu kroczy w srebrnej sukni z długimi rękawami i półgolfem, ale z odkrytymi plecami (to tam właśnie dłonią sięgnie Tartuffe w pierwszej scenie erotycznego zbliżenia). Cielecka pozostawia swoją bohaterkę niedookreśloną, nie rozstrzyga jednoznacznie jej motywacji, nie osądza – i słusznie, bo dzięki temu jej postać jest ciekawsza, a stawka, o którą toczy się gra między Elmirą, Orgonem i Tartuffeʼem – większa.

W centrum zdjęcia widzimy aktorkę i aktora, zwróconych profilem. Mężczyzna patrzy na plecy kobiety.
Tartuffe, reż. Tadeusz Kabicz / fot. Waldemar Kompała / TVP

Gra Bieleni to jakby rewers roli z filmu Boże ciało Jana Komasy.Jego Tartuffe jest uwodzicielski, charyzmatyczny. Chodzi boso. W szerokim, czarnym garniturze, przypomina raczej duchowego lidera jakiejś terapeutycznej sekty niż religijnego fanatyka. Aktor subtelnie i sugestywnie pokazuje manipulacje bohatera. Przez drobne grymasy twarzy, zmianę postawy ciała, sposób podawania tekstu widz szybko orientuje się, że Tartuffe jest cyniczny i bezwzględny. Oczywiście, to hipokryta i oszust, ale przynajmniej jego motywacje są jasne, a działania konsekwentne, przez co wzbudza jakiś rodzaj szacunku – trudno powiedzieć, na ile wynika to z gry Bieleni, a na ile z interpretacji reżyserskiej. Głównym „złym” jest bowiem w tej realizacji Orgon (Piotr Adamczyk). To jego postać wydaje się kluczem do zrozumienia myśli tego przedstawienia.

Początkowo Orgon wydaje się po prostu głupi – Adamczyk rozkosznie gra urokliwą naiwność. To pułapka, którą razem z Kabiczem zastawiają na widza. Bohater wbrew pozorom nie jest omamioną przez Tartuffe’a misiowatą ciapą. Stopniowo widzimy, że ten uprzywilejowany, biały facet, mąż i ojciec dzieciom, tak naprawdę potrzebował Tartuffe’a jako impulsu, do uruchomienia mechanizmu, który już od dawna był w gotowości. Orgon, choć pozornie sympatyczny, chce sprawować kontrolę nad swoim domem, żoną i dziećmi, lubi czuć władzę, bo sam jest słaby – Tartuffe pełni funkcję zaplecza ideologicznego, uzasadnienia dla potrzeby dominacji. Widać to świetnie w finale przedstawienia – gdy Orgon, cudem wybawiony z kłopotów przez króla, próbuje przywrócić porządek w domu i niemal rozkazuje natychmiastowy ślub Marianny z Walerym. Członkowie rodziny patrzą na niego z pogardą i politowaniem. Dziaders niczego się nie nauczył. Dalej uważa, że może rozporządzać ciałem swojej córki jak własnym majątkiem.

Oczywiście, wszystko to jest utrzymane w tonacji komediowej. Nie ma tu żadnych bezpośrednich aluzji do współczesnych Orgonów, którzy akurat, tak się złożyło, piastują urzędy prezydentów i mają swoich Tartuffeʼów. A jednak trudno nie widzieć podobieństw. Tym gorzej dla nas, na deus ex machina nie ma co liczyć.

Teatr Telewizji, Tartuffe Molièreʼa, tłumaczenie Jerzy Radziwiłowicz, reżyseria Tadeusz Kabicz, scenografia Ewa Gdowiok, kostiumy Wanda Kowalska, zdjęcia Marcin Szołtysek, premiera 22 września 2025.

Stanisław Godlewski

Adiunkt w Instytucie Sztuki PAN, wykładowca Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, sekretarz redakcji „Pamiętnika Teatralnego”. Jego zainteresowania naukowe obejmują historię teatru polskiego w XX i XXI wieku, a także krytykę teatralną w wymiarze historycznym i praktycznym.