Dobry wiatr
Mit „okna na świat” rozmywa się, wyczerpuje i to jest ważna, mocna konstatacja, jednak autor i reżyserka nie próbują przyjrzeć się uważniej dzisiejszej Gdyni i poszukać w niej tego, co ów mit próbuje/mogłoby zastąpić.
Gdynia. Fordewind Artura Pałygi i Darii Kopiec zamyka się poruszającą refleksją: miasto „z morza i marzeń” zestarzało się. W finałowej scenie Gospodyni (znakomita rola Elżbiety Mrozińskiej), wodzirejka opowieści o stuletniej Gdyni, mówi z żalem, ale też ulgą o trudnym momencie zatrzymania. Fordewind, wiatr, który przez dekady pchał Gdynię do przodu, to wiatr dobry, ale zgubny. Nie lubi zmiany, utrudnia ją. Kurs jednak zmienić trzeba, bo sen o białym mieście śni się coraz rzadziej.
Przedstawienie Teatru Miejskiego w Gdyni zapowiadane było jako prezent na stulecie miasta. Zawartości takiego podarunku możemy się domyślać: trochę historii, nieco wspomnień, jakieś anegdoty i ciekawostki. Wszystko to na fundamencie z „klimatu” miasta. Artur Pałyga i Daria Kopiec przygotowali swoją pracę według podobnego klucza – ich ponad dwugodzinne przedstawienie stanowi kolaż kilku planów i konwencji. I chociaż podstawą scenariusza Pałygi jest reportaż Aleksandry Boćkowskiej Gdynia. Pierwsza w Polsce, najistotniejszą warstwą przedstawienia nie jest wcale ta dokumentalna. Mam wrażenie, że autor i reżyserka za wszelką cenę starali się uniknąć faktograficznej narracji „ku pamięci”, a tym, co zdaje się ich najbardziej interesować, jest napięcie pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, między namacalnością a fantazją, czyli niekoniecznie to, co wynika z „oficjalnej” historii białego miasta.
Ekwiwalentem tego napięcia jest relacja głównych bohaterek przedstawienia: wspomnianej Gospodyni oraz Goldie (Marta Kadłub). Pierwsza podnajmuje pokoje letnikom, druga, dziennikarka z Warszawy, z takiego wynajmu chce skorzystać. Gospodyni z niechęcią odnosi się do jej planu napisania książki o Gdyni. Esencją miasta jest przecież to, co ukryte pomiędzy jego topografią i symbolami. Jednak samo takie rozpoznanie nie wystarczy. Trzeba poczuć, należy przeżyć. Gospodyni w to „czucie” obcej nie bardzo wierzy, staje się jednak dla niej kimś w rodzaju przewodniczki. Nie po konkretnych miejscach, bardziej po wspomnieniach, przekonaniach, marzeniach. Drugą osobą, u boku której Goldie poznaje miasto, jest reżyser Silverman (Piotr Michalski), twórca w kryzysie pracujący nad musicalem o Gdyni. Sceny teatru w teatrze – przesłuchań i prób do tego powstającego w trudzie dzieła – budują fragmentaryczny obraz miasta. Fabularną linię przedstawienia domyka motyw przyjęcia urodzinowego – mieszającego postaci, wątki, także poniekąd czasy.
Choć spektakl grany jest bez przerw, dość wyraźnie dzieli się na dwie części. Ta pierwsza utrzymana jest w konwencji ciepłej, momentami nieco surrealistycznej komedii – akcja toczy się w równym, choć niezbyt szybkim tempie i pełna jest dziwaczno-zabawnych postaci, nonszalancko budujących mikroobrazy miasta. Jedną z takich bohaterek jest Marynarzowa Barbara, która w świetnej kreacji Moniki Babickiej wydaje się kimś w rodzaju łączniczki pomiędzy światem żywych i umarłych, postacią swobodnie okrążającą czasy i przestrzenie, jawę i sen.
Wędrująca po cmentarzu Barbara opowiada Goldie dawne historie, uruchamiając pamięć o gdyńskich zmarłych i ich awanturniczych przygodach. W tym fragmencie ujawnia się podstawowe napięcie całej narracji – mit miasta okazuje się mitem przeszłości. A ta przeszłość potrafi niepokojąco zatrzymać, nawet uwięzić. Zdaje się, że jej więźniarką jest Barbara, przemierzająca bez końca cmentarne ścieżki. Ale gdyński mit, także jego (nie)przystawalność do współczesnej rzeczywistości miasta, tematyzowany jest przy okazji innych spotkań i innych postaci. Zebrani przez Gospodynię mieszkańcy i mieszkanki „okna na świat” szafują ugruntowanymi przez lata przekonaniami. Czuć w tym mechaniczność, ale czuć też lęk. Przede wszystkim o Gdynię, która przecież (od) zawsze była wolna, nowoczesna i pierwsza przed wszystkimi.
Wszystkie te wątki i plany rozpisane są na (aż) siedemnastoosobowy zespół, do tego dochodzą eklektyczne, kolorowe kostiumy (przekombinowane projekty Patrycji Fitzet) i dynamiczna, efektowna choreografia (Michał Przybyła świetnie poprowadził zespół gdyńskiego teatru). Niewielką przeciwwagą dla tej intensywności jest dość oszczędna, choć nie do końca czytelna scenografia (Daria Kopiec) i ilustracyjna, delikatna ścieżka dźwiękowa (świetna muzyka Aleksandry Gronowskiej). Jest więc gęsto, a mniej więcej po połowie przedstawienia – zdecydowanie zbyt gęsto.

W pierwszej części Gdynia. Fordewind ta nadmiarowa kolażowość się sprawdza. Niosą ją nienachalny dowcip i poetyckość. Zespół aktorski świetnie buduje poszczególne postaci, nawet te drugoplanowe, jak kontestujący gdyńską codzienność Psujzabawa Tomasz (Szymon Sędrowski) czy egzaltowany Walerian (Maciej Wizner). Pałyga i Kopiec sprawnie rozrysowują swój punkt widzenia: Gdynia to miasto zbudowane na marzeniach. Te fantazje niosły miasto bardzo długo, teraz jednak przestają wystarczać. Odmieniane kompulsywnie słowo „prestiż” nie przekonuje, bo wypełniają je niemal wyłącznie obrazy z dumnej przeszłości.
W teraźniejszości znajdujemy bowiem – próbują nas przekonać autor i reżyserka – niewiele, głównie zachłanną deweloperkę, uosabianą tu przez groteskową postać cwanego biznesmena (Jacek Bała). Jest wprawdzie Podziemna Salcia (Agnieszka Bała upozowana na trójmiejską pisarkę i pedagożkę Salcię Hałas), ale jej niszowa, dosłownie i metaforycznie, aktywność zdaje się nie mieć większego wpływu na teraźniejszość białego miasta.
I tu właściwie przedstawienie zaczyna się plątać. Przytłacza wielość wątków i planów, tym bardziej że spora ich część jest dość niejasna i niepotrzebna fabularnie. Bezradne wydają się próby wyprowadzenia przedstawienia poza ramy wspominkowej opowieści, bo próba poszerzenia narracji o obrazy teraźniejszej Gdyni ma tu wyjątkowo powierzchowny charakter. Mit „okna na świat” rozmywa się, wyczerpuje i to jest ważna, mocna konstatacja, jednak autor i reżyserka nie próbują przyjrzeć się uważniej dzisiejszej Gdyni i wypisać z niej tego, co ów mit próbuje/mogłoby zastąpić.
Szkoda, a szkoda tym bardziej, że zespół aktorski przedstawienia jest w świetnej kondycji. Dlatego z Gdynia. Fordewind zostawiam sobie raczej pojedyncze momenty. Spojrzenia Goldie i Silvermana, leżakujące na gdyńskiej plaży towarzystwo, mikroopowieść Mieczysława (znakomity Grzegorz Wolf). No i finałową scenę zagraną przez Elżbietę Mrozińską. Scenę napisaną prosto, cichą i wolną od nadmiaru inscenizacyjnych chwytów. A mimo to gęstą i poruszającą, jak żadna inna tutaj.