Czarne dusze
Intryguje wyjściowy koncept przedstawienia Ewy Platt – dziwaczna opowieść o złych chłopcach jako narzędzie do opowiedzenia o niewygodnych dla świata dziewczynach. Dodatkową zachętą była obietnica reżyserki: O dwóch takich, co ukradli księżyc miało być „stand-upem spraw intymnych, bólu i traumy, używającym żartu jako tarczy”.
Teatr Miejski w Gdyni rozpoczął nowy rozdział swojej historii. Marta Miłoszewska, nowa dyrektorka gdyńskiej sceny, już od dłuższego czasu zapowiada repertuarowe zmiany. Teatr, który od dawna cierpi na dojmujący brak różnorodności, ma być otwarty na nowe języki i strategie. Adaptacja O dwóch takich, co ukradli księżyc Kornela Makuszyńskiego powstała w ramach skrzyżowania się dwóch projektów, które mają odświeżyć gdyńską scenę. Pierwszy z nich to Scena TAK (Teatr Aktorów Kameralnie), inicjatywa mająca „dać szansę artystkom i artystom gdyńskiego teatru na zaprezentowanie inspiracji, ekscytacji, marzeń, na poruszenie tematów, które są w nich żywe”. Drugi to podjęcie stałej współpracy z Akademią Teatralną w Warszawie, gwarantującej „wymianę doświadczeń artystycznych i pedagogicznych oraz tworzenie warunków sprzyjających rozwojowi nowoczesnej, progresywnej sztuki teatralnej”. Kameralny, rozpisany na dwa aktorskie głosy spektakl Ewy Platt obarczony więc został dość przytłaczającym bagażem poważnych haseł, deklaracji i nadziei. Miało to swoje przełożenie na atmosferę premierowego wieczoru – ciszę, wyczuwalne napięcie. Siedząc w mroku foyer i czekając w milczeniu na przedstawienie, pomyślałam, że okoliczności nie sprzyjają zapowiadanym przez reżyserkę żartom.
A przecież w wiecznie smutnej i poważnej polskiej literaturze niemal stuletnia powieść Makuszyńskiego to przypadek rzadki – błyskotliwa, bezkompromisowa mieszanka groteski i oniryczności. W dodatku programowo dedykowana dzieciom. „W dodatku”, bo historia bliźniaków o nakrapianych ciałach i czarnych duszach jest niepokojąca, bizarna i pełna przemocy. Oczywiście mnóstwo w niej humoru, ale takiego, w którym spotykają się ironia i groza. W przedstawieniu daje się wyczuć, że Platt dostrzega niewykorzystany potencjał opowieści inicjacyjnej, przysłonięty aktorską anegdotą o braciach Kaczyńskich, którzy wystąpili w ekranizacji z 1962 roku. Reżyserka wyczytała z historii „niegrzecznych” bliźniaków wibrującą na jej marginesach złość, którą nasza kultura skutecznie (p)omija, kamufluje i wypiera. W gdyńskim przedstawieniu złość i złośliwość to strategie oporu. Wobec świata, ale też własnych doświadczeń i pamięci o nich.
Przedstawienie oglądamy we foyer. Scenografka i autorka kostiumów Anna Rogóż zabudowała je makietą skromnego pokoiku: obita buro wersalka, zlew i drewniana framuga przysłonięta nylonową firaną. Głębię scenicznej przestrzeni zamyka potężne, pożółkłe zdjęcie – krajobraz zza oceanu, monumentalny i obcy. Jest jeszcze lodówka i niewielki dywan, wszystko w stylistyce Polski powiatowej z końca XX wieku, skromne i zaniedbane. Jacek (Weronika Nawieśniak) i Placek (Martyna Matoliniec) nie opuszczą tego pokoiku, choć w swojej opowieści, postrzępionej i podejrzanej, wędrować będą przez lasy i bagna. Kiedy bohaterowie-bohaterki Ewy Platt pierwszy raz stają przed nami, mają na sobie stroje rodem ze szkolnej akademii – białe bluzki, ciemne spódnice, rajstopy i tanie trampki. Ich ciała są spięte, struchlałe, zawstydzone. Mamy wrażenie, że opowieść, którą inicjują – śmieszna, dziwna „bajka” – to przechwycona dość przypadkowo historia. Może zadana do wyuczenia na szkolną uroczystość? Bohaterki początkowo używają jej do wypróbowania własnego głosu, sprawdzenia się w byciu (u)słyszanymi i zauważonymi. Szybko okazuje się jednak, że opowieść nie jest tym, czym mogła się wydawać. W jednej ze scen aktorki wciskają się wspólnie w uroczą, kwiecistą sukienkę, lecz ta gwałtownie pęka. Wiadomo już, że nie będzie o ładnych, posłusznych dziewczynkach.

Pierwsze fragmenty przedstawienia to jeszcze dość wierne podążanie za chronologią literackiego oryginału. Opowieść podzielona zostaje na partie, tytułowane numerami kolejnych rozdziałów. Słuchamy o biednym Zapiecku, smętnym miasteczku zamieszkanym przez dziwadła ludzkie i zwierzęce. Pewnego dnia spokojne trwanie mieściny burzą narodziny bliźniaków, złośliwych od pierwszych chwil życia, ale i bezkompromisowo walczących o własne samostanowienie. Niemowlęca decyzja o wyborze dowcipnych imion to tylko początek serii prowokujących rzeczywistość decyzji, samolubnych i często okrutnych. Bliźniacy mają gdzieś resztę świata, liczą się tylko oni sami i więź, która ich nierozerwalnie łączy.
U Platt właściwa opowieść powstaje na poziomie gestu i ruchu. Przygodowa, nieprzewidywalna linia fabularna całej historii przełożona jest w gdyńskim przedstawieniu na ciągłe sceniczne działania, zagęszczające i komplikujące opowiadany świat. Nawieśniak i Matoliniec pracują na styku teatru dramatycznego i performansu – wypróbowując swoje bohaterki w strukturach archaicznej opowieści, ale i sprawdzając w nich siebie, kobiety-aktorki. I tu pojawia się problem. Nie na gruncie aktorskich umiejętności czy zaangażowania, bo obie wypadają świetnie. Mam jednak wrażenie, że użycie opowieści Makuszyńskiego jako narzędzia oporu nie do końca się udało.
Świetne są mikrofragmenty, w których bohaterki nonszalancko przechwytują losy krnąbrnych, wrednych chłopaków i zarządzają nimi wedle własnych potrzeb – opowiadając siebie na własnych warunkach. W większości jednak to opowieść narzuca im porządek, a kolejne jej momenty są jedynie powtórnym odtworzeniem najtrudniejszych doświadczeń. Im dalej w las, tym większa opresja, głębsza trauma, bardziej bolesne zniewolenie. Wiadro wody, którą, miałam głęboką nadzieję, Jacek i Placek otrzeźwią świat, finalnie posłużyło do podtopienia wędrujących za wolnością dziewczynek/dziewcząt/kobiet.
Przedstawienie Platt to projekt o dużym potencjale ewolucyjnym, ale w premierowy wieczór opowieść ugrzęzła w nadmiarowej powadze, dyscyplinującej bohaterki i przysłaniającej wieloznaczność ich drogi. Błyskotliwe, sprawcze żarty z pierwszych scen cichną, a finalnie kapitulują pod naporem przytłaczających cielesnych zadań, które nieustannie są tu zrzucane na bohaterki/aktorki. Mam jednak ciągle nadzieję, że Jacek i Placek ukradną w końcu ten księżyc. Bierzcie go i biegnijcie, gdzie chcecie, ile sił w nogach. Bardzo wam kibicuję.