Teatr wielkiego designera

Teatr wielkiego designera
Oracle, reż. Łukasz Twarkowski / fot. Katrin Ribbe / Ruhrtriennale 2025
Jeśli czekacie na teatr, który na serio podejmie postulaty filozofii degrowth, to na pewno nie jest to teatr Łukasza Twarkowskiego.

Teatralna Europa pokochała Łukasza Twarkowskiego. W Polsce wciąż chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę z rozmiarów tego sukcesu. Rozpocząć Ruhrtriennale pięcioma wyprzedanymi pokazami premierowego spektaklu to naprawdę sporo. Dostać standing ovation i entuzjastyczne recenzje w niemieckich mediach – to jeszcze więcej.

Czym Twarkowski uwodzi europejską publiczność? Bez dwóch zdań – rozmachem. Umiejętnością uruchamiania potężnych, efektownych obrazów scenicznych, panowaniem nad teatralną technologią. Oracle, wystawione premierowo w Duisburgu na przełomie sierpnia i września, przebija pod tym względem wszystko, co Twarkowski pokazał do tej pory. Może trudno to sobie wyobrazić, bo przecież i wcześniejsze spektakle reżysera robiły wrażenie wielkością oraz precyzją wykonania. Dość powiedzieć, że gdy ekipa Oracle wychodzi do ukłonów, widzimy ponad 60 osób – obok kilkunastoosobowego składu aktorskiego stoją liczni technicy, kamerzyści, inspicjentki. Tyle trzeba, by tę machinę w ogóle uruchomić.

Mamy w Oracle obrotówkę, dwa wielkie ekrany ledowe (przesuwane, obracane, opuszczane i podnoszone, dzielone i ponownie łączone), cztery boksy, w których toczy się akcja i którymi można dość dowolnie operować, otoczone skomplikowanym systemem świateł. To już skala opery, a nie spektaklu dramatycznego. Nadworny scenograf Twarkowskiego Fabien Lédé dostał do ręki sporo zabawek i wykorzystał je bez zahamowań, ale i z gustem. Kiedy w drugiej części spektaklu scena zaczyna wirować oświetlona czerwonymi stroboskopami, a na ekranie zawieszonym pod sufitem widzimy ten sam obrazek, ale odwrócony do góry nogami, rozumiemy, czym może być doświadczenie immersji w teatrze. No i mamy pełne prawo czuć, że ktoś naprawdę stara się, byśmy się dobrze bawili.

Tak wygląda powrót do dość konserwatywnych wartości teatralnych w wydaniu europejskim. Tutaj – inaczej niż u nas – nikt nie marudzi o śmierci dramatu, nie czeka na powrót literatury do teatru. Tutaj – po latach, kiedy w festiwalowym obiegu najbardziej doceniano skromne konceptualne choreografie lub zaangażowane politycznie eksperymenty z narracjami dokumentalnymi – publiczność najwyraźniej znów chce cieszyć się formą. Przepychem, nadmiarem, spektakularnością oferty. Jeśli czekacie na teatr, który na serio podejmie postulaty filozofii degrowth, to na pewno nie jest to teatr Twarkowskiego.

Bierze się z tego istotniejszy kłopot: patrzymy na produkcje reżysera z otwartymi ustami, myślimy sobie, że to wreszcie teatr, który na poziomie formalnym dobrze odpowiada współczesności z całym jej natłokiem obrazów i wrażeń. Ale chwilę później pojawia się refleksja: a z jaką myślą mamy stąd wyjść? O co w tym właściwie chodzi? W Oracle widać, że sam Twarkowski coraz mocniej biedzi się nad tą kwestią.

Na zdjęciu widać szerokie ujęcie sceny. W jej centrum znajduje się dwupoziomowa scenografia. Jej górną część stanowi ekran, na którym wyświetlane jest zbliżenie na aktorkę siedzącą w dolnej części (wraz z drugim aktorem).
Oracle, reż. Łukasz Twarkowski / fot. Katrin Ribbe / Ruhrtriennale 2025

Spektakl bardzo stara się nas przekonać, że ma coś istotnego do powiedzenia. Reżyser z dramaturżką Anką Herbut krążą wokół biografii Alana Turinga, zwłaszcza przywoływanego już wielokrotnie epizodu łamania szyfru Enigmy. I sugerują, że to moment, gdy rodzi się idea sztucznej inteligencji, a więc rzeczywistość, w której żyjemy. Przy czym konstrukcja spektaklu jest luźna: twórcy a to skupiają się na emocjonalnych uwikłaniach Turinga i innych osób pracujących podczas wojny w ośrodku Bletchley Park, a to przywołują postać Hedy Lamarr (hollywoodzkiej aktorki, której twarz była wzorem dla disneyowskich rysowników, kiedy tworzyli filmową wersję Śpiącej Królewny, po zakończeniu aktorskiej kariery wynalazczyni, której pomysłom zawdzięczamy m.in. technologię telefonii komórkowej), a to wprowadzają do akcji Blake’a Lemoine’a, niegdyś inżyniera Google’a, obecnie adwokata na rzecz objęcia sztucznej inteligencji publiczną kontrolą. Niestety trudno wydobyć z tej układanki wyraźniejsze wnioski. Tyrady przeciw sztucznej inteligencji włożone w usta Lemoine’a brzmią banalnie, miłosne dramaty Turinga i jego otoczenia pozostają nieczytelne (kto tu kogo kocha, dlaczego i co to ma wspólnego z Enigmą?), najciekawszy skądinąd wątek Hedy Lamarr (uruchamiający obecny już wcześniej u Twarkowskiego i Herbut temat praw do wizerunku i manipulacji obrazami) nie skleja się z resztą opowieści.

Przez chwilę można sądzić, że Twarkowskiemu idzie o to, byśmy na żywo zobaczyli, jak tworzą się fikcyjne obrazy, którymi jesteśmy karmieni przez media. Pierwsze sekwencje przedstawienia to właściwie kręcenie filmu na żywo. W dodatku filmu w mocno hollywoodzkiej konwencji (jednego z aktorów – chyba świadomie – wystylizowano na Brada Pitta). Jesteśmy na planie, aktorzy grają, kamery pracują, wszystko widzimy na ekranie powyżej. Nie jest to oczywiście poziom wyrafinowania, jaki pamiętamy choćby z dzieł The Wooster Group, gdzie multiplikacja obrazów, nakładanie na siebie tego, co żywe, i tego, co zmediatyzowane, było sednem scenicznego zamierzenia. Ale i tak w podobnych sekwencjach rodzi się u Twarkowskiego coś ciekawego. Tyle że brakuje w tym konsekwencji. Mamy w Oracle także sekwencje czysto aktorskie, gdy technologia zostaje wyłączona, ekrany gasną. Trudno się wówczas opędzić od myśli, że Twarkowski próbuje dowieść swoich kompetencji reżyserskich, zdolności do budowania nie tylko efektownych obrazów, ale i międzyludzkich napięć. Robi to trochę w guście Krystiana Lupy, któremu przecież kiedyś długi czas asystował. Można tę ambicję zrozumieć, ale efekty trudno uznać za satysfakcjonujące. Jeśli wszystko ma być obrazem podatnym na zawłaszczenie (a to podpowiada Twarkowski z dużą konsekwencją), to jak mamy uwierzyć w szczerość kameralnych scen miłosnych?

Kibicuję Twarkowskiemu od dłuższego czasu, przynajmniej od wileńskiego Lokisa z 2017 roku. Wtedy zobaczyłem w jego działaniach coś bardzo odświeżającego: świat sceniczny jakby zaprojektowany przez wybitnego architekta. Bez naddatku myśli, ale z naddatkiem sensualnych wrażeń. Po Oracle pomyślałem, że naprawdę nie potrzebuję Twarkowskiego-reżysera. Wystarczy mi, jeśli pozostanie teatralnym designerem. Kimś, kto nie uruchamia wielkich debat, ale pokazuje nowe możliwości scenicznego języka. W Polsce wciąż buntujemy się przeciw takiej możliwości: wciąż chcemy widzieć w twórcy teatralnym publicznego mentora, sumienie narodu, a nie po prostu technologa zdolnego do zaprojektowania multimedialnego doświadczenia. Tymczasem można o teatrze pomyśleć inaczej.

Kiedy dowiedziałem się, że bohaterem Oracle ma być Alan Turing, najpierw się przestraszyłem (po co podejmować tak ograny temat?), ale potem uznałem, że jest w tym pewna szansa. Lata temu zmarły przed chwilą Robert Wilson robił spektakle z wielkimi postaciami w tytułach: The Life and Times of Joseph Stalin albo Einstein on the Beach. Nie miały nic wspólnego z tradycyjnie rozumianymi teatralnymi biografiami. Były raczej zestawami poruszająco pięknych obrazów wydobywanych przez Wilsona z głębi własnej świadomości czy może nieświadomości. W jednej z najsłynniejszych sekwencji Einstein on the Beach artysta pokazywał po prostu przesuwającą się przez kilkanaście minut na horyzoncie prostokątną lampę. Myślę, że gdyby Łukasz Twarkowski zdecydował się na podobny rodzaj prowokacji, jego teatr stałby się znacznie bardziej spójny i przekonujący.

Dailes Theatre Latvia, Ruhrtriennale, Oracle Anki Herbut, reżyseria Łukasz Twarkowski, scenografia Fabien Lédé, muzyka Julek Płoski, choreografia Paweł Sakowicz, koprodukcja: New Error, Comédie de Genève, Piccolo Teatro di Milano – Teatro d’Europa, De Singel Antwerp, Instytut Adama Mickiewicza, premiera 28 sierpnia 2025.

Tomasz Plata

Doktor habilitowany, profesor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Kurator, autor książek, m.in. Pośmiertne życie romantyzmu (2017), Czułość nas rozszarpie (2024). Jako redaktor pracował m.in. w „Machinie”, „City Magazine”, „Filmie”, „Newsweeku”, „Art & Business”. Od stycznia 2025 roku redaktor naczelny miesięcznika „Teatr”.